Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
Tosia podbiegła na przywitanie, kiedy wchodziłam w naszą aleję. Zaraz też wybiegł Bolek. Na działce czekał Lusiu - też się przywitał.
Lusiu często nie przychodzi już, kiedy wrócimy ze spaceru, więc musiałam zmienić nasze zasady. Teraz wszystkie koty dostają mokre też przed spacerem - ze względu na Lusia (Bolek i Tosia troszeczkę, Lusiu więcej).
Bolek i Tosia podejrzewając, że nici ze spaceru, zabrały się za dojadanie suchym, które też jest już dosypane z uwagi na młodzież z sąsiedztwa.
Zamykałam jeszcze altankę, kiedy pędem minął mnie Lusiu. Pewna byłam, że biegnie do maluchów z wieścią, że starszyzna kończy już posiłek i mogą spokojnie przyjść nie narzucając się przy wspólnym stole. Wybiegł jednak na aleję i prowadził spacer (starszyzna też już wyszła). Doszedł do tego miejsca co zwykle i wyglądało na to, że idzie do kumpli. Zawrócił jednak i usiadł na krawężniku, czyli na drodze. Przez minutę koty się obserwowały. Pierwszy ruszył Bolek i wyminął Lusia wielkim łukiem, a potem to samo zrobiła Tosia. Tym razem nie syczała na niego, nawet nie zareagowała kiedy ją powąchał. Koty poszły dalej, a Lusiu zawrócił zerkając na gołębie.
Poszliśmy dalej i spotkaliśmy Gabi, a nad naszymi głowami przeleciały dwa klucze gęsi - wiosna idzie?
Tosia czekała pod iglakiem przy alei. Weszłyśmy do altanki budząc Bolka. Nagle zmaterializował się Lusiu. Zimno było i ślisko, więc spaceru nie planowałam. Dałam im jeść i jeszcze poprawiałam coś przy Bolkowym legowisku. Tosia chyba wyczula, że chcę je wykiwać i pośpieszyła się. Zjadła szybko, wypadła z altanki i czekała przy pergoli. Szybko dołączył do niej Bolek i wyjścia nie miałam.
Pod górę raczej trudno po tym zlodowaciałym śniegu, więc dolne działki. Na zaklętej działce Figa wypatrzyła coś pod krzakiem - Łatka (matka Noska i Szarusia), jak nic. Ogona wprawdzie nie widziałam, ale to ona - nie wystraszyła się Figi. Patrzyłam na nią i zastanawiałam się czy tak ciepło ubrana, czy może przy nadziei. Ważne że jest, bo już dawno jej nie spotykaliśmy. Koty udały, że jej nie widzą, Figa chyba miała ochotę wejść za płot i upewnić się czy to ona, ale zrezygnowała.
Bolek dwa razy wskakiwał na to samo drzewo, a Tosia zaliczyła płot.
Dopiero na You Tube zauważyłam,
że wpisałam na filmiku złą datę
17 zamiast 27 stycznia.
Oczywiście po spacerze domagały się zwyczajowo mokrego - dostały dokładkę.
Lusiu już się nie pojawił.
W tym samym mniej więcej czasie na działkę przychodzi Gabi ze swoją Panią. Dzisiaj się od niej, Pani oczywiście dowiedziałam, że wczoraj widziała straszną bijatykę na działce Danusi - walczyły koty. Rezultat był taki, że duży biało-bury kot uciekał, a goniły go mniejsze koty. Znaczy nasi górą. Szaruś to dziewczyna.
Wchodząc na działkę, już z alei słyszałam pomiaukiwanie. Okazało się, że to Lusiu stał przed altanką i miauczał. Wygłaskałam na powitanie i przy okazji stwierdziłam, że futerko ma gęste, zimowe, tylko krótszy włos niż Bolek i Tosia.
Początkowo myślałam, że on tak skarży na Bolka, że do altanki wpuścić go nie chce. Otworzyłam drzwi, a tam Bolus i Tosia smutne takie. Lusiu wszedł za mną, wskoczył na stół - koty nie reagowały. Więc to były skargi i pretensje do mnie, że jedzenia nie ma, że miski puste zupełnie, że głodny...
Nasypałam suchego - Bolek i Tosia zabrały się do jedzenia, a Lusiu wyszedł - widać głodny nie był, a może to on suche wyjadł, a do mnie miauczał, że nie on miskę opróżnił i nic o tym nie wie. Tosia, a tym bardziej Bolek, donosicielstwem się brzydzą, więc nic nie mówiły, choć prawdę znały.
Figa pobiegła do krawężnika sprawdzić czy młodzież jest tam, gdzie być powinna i czy wszystko w porządku. Albo je spłoszyła, albo spały. Lusiu naostrzył pazury i pobiegł powiadomić swój gang, że wkrótce wyruszymy na spacer, a micha pełna, bez dozoru... - wiem, bo powrocie ze spaceru michę zastaliśmy pustą. Takiego osobnika w niektórych kręgach nazywają "kretem" albo "wtyką", albo...
Na szczycie spotkaliśmy Maksia - tym razem opiekun zdążył zapiąć mu smycz. Koty buszowały przy niemal każdej altance po obu stronach alei. Penetrowały kompostowniki i wszystkie dziury. Spacer trwał długo.
Po spacerze Figa już od zakrętu gnała jak szalona na działkę, ale czy przeganiała maluchy nie wiem. Lusiu już nie przyszedł - pewnie mu wstyd było.
Byliśmy na spacerze, koty większość drogi przebyły lustrując okolice mijanych altanek. Sprawozdanie jutro, ale brak mam miejsca na fotki w zasobach i muszę do niedzieli robić jako pokaz slajdów (bo nie zajmują miejsca w zasobach, można jeszcze przez FotoForum, ale te nasze fotki nie bardzo się nadają), a to trochę czasu zabiera.
Przeglądając dzisiejsze zdjęcia do notki znowu były takie typu "tam był kot", ale są i takie gdzie kot jednak jest, tylko trzeba go poszukać. Dotyczy to głównie Bolka.
Zapraszam do zabawy w szukanie Bolka - odpowiedzi pod każdym zdjęciem.
Boluś to uczciwy kot. Weszłam do altanki, wyjęłam aparat i dopiero błysk lampy go obudził - tak śpią tylko ci o kryształowym sumieniu.
Jego (i Tosi) właściwa sypialnia z kartonu wypełnionego materacem (w poszewce) i dodatkowo okrytego narzutą, znajduje się na półce nad oknem. Tę lokalizację wybrały koty.
Pod niebieskim pluszakiem (to jest mysz) jest sypialnia Lusia (zbudowana z poduch i opatulona kołdrą), z której czasem korzysta też Bolek.
Na leżance jest jeszcze trzecia sypialnia (gościnna) też z kartonu, którego wszystkie ściany wewnątrz wyłożone są styropianem - nawiedzana, o czym świadczą ciągle nowe styropianowe okruchy.
Zadzwoniłam na Tosię, Bolek poszedł rozprostować stawy,
a Figa zerknąć przez krawężnik na działkę sąsiadów. Nie było żadnego kota i nawet Lusiu nie przyszedł. Może właśnie dostały jedzenie.
W czasie naszej nieobecności na blogu, Maluszek znalazł dom. Niestety nie został wpuszczony na salony, ale do szklarni. Danusia sama go odwiozła i sprawdziła czy w szklarni jest odpowiednia budka - była. Nie o takim szklanym domu dla niego marzyłyśmy, ale lepsze to, niż działki, gdzie mocno już narzekają na wzrost kociej populacji.
Tosia jeszcze jadła suche, kiedy wyruszyliśmy na spacerek.
Szybko nas dogoniła, a nawet przegoniła.
Skręciła w bok i zawróciła na tę działkę z oczkiem wodnym, a Bolek za nią. Zapomniały napić się przed wyjściem na spacer i teraz nadrabiały.
Bolek został tam nieco dłużej
Figa wybrała trasę po dolnych działkach. Za płotem spacerowały dwa psy. Jeden bez smyczy zauważył Figę i zaczął ją zaczepiać. Szczekał radośnie merdając ogonem, co koty nieco zaniepokoiło.
Misiek szczekał, pan go wołał, aż wrócić po niego musiał. Doszła do nas Gabi (jak zwykle elegancka),
która właśnie ma tę damską przypadłość i ją z daleka Misiek wyczul. Na szczęście opiekun zapiął mu smycz i absztyfikanta zabrał siłą. Mogliśmy spokojnie kontynuować spacer.
To mi się podoba, kiedy otwieram altankę, a tam komplet.
Ta biel na fotce, to ocieplina. Kupiłam taką pod panele i niemal całą altankę wyłożyłam - chyba spełnia zadanie, bo Boluś nawet z przytulnej sypialni nie korzysta.
Bolek przegryzł trochę suchego przed spacerem - sypię przed wyjściem, by te darmozjady z sąsiedztwa miały co na ząb wrzucić. One nie są głodne, bo Danusia dba o nie, ale głupio tak przyjść z wizytą i bez poczęstunku zostać, wystarczy że gospodarzy się nie zastało.
Nasze wyjście było obserwowane - dzisiaj dyżur miał jeden z bliźniaków (tzn. trojaczków). Zwykle jest to rola Noska, ale ostatnio próbowałyśmy z Danusią go złapać i sprawdzić płeć. Nic z tego nie wyszło (tylko po suficie altanki nie biegał), tylko stres dla wszystkich i kot ostrożny się zrobił jeszcze bardziej.
Tosia z ochotą wybiegła zaraz za mną
za nią Lusiu
na końcu, powoli, z godnością Bolesław.
Lusiu przyczaił się trochę i zastanawiał iść dalej, czy nie?
W końcu zdecydował się i ruszył. To pewne, że chciał iść na spacer, a nie upewniał się, że odchodzimy - taki perfidny to on nie jest. Lusiu jest ambitny i towarzyski, nie to co ta banda dzikusów, z którą mieszka. Takie światowe, obyte koty jak Tosia i Bolek imponują mu, to jasne.
Pogłaskałam go na zachętę, ale chyba Tosia coś mu napyszczyła, bo skręcił w bok i już dalej nie poszedł.
Szliśmy na szczyt. Już dawno tam nie dotarliśmy mimo wielu prób. Koty zwykle zostawały w połowie drogi, w kępie iglaków i tylko obserwowały nas z Figą, jak zmagamy się z wiatrem, deszczem, śniegiem. Dzisiaj słoneczko, przyjemnie, myślałam, że pójdą - poszła tylko Tosia. Bolek minął iglaki, ale między dwiema opatulonymi hortensjami się zatrzymał i dalej nie ruszył.
Drogę powrotną pokonały w szybkim tempie, ze skokami na drzewa włącznie.
Myślałam, że Figa czuje tylko pozostawiony w kocim wiatrołapie zapach, ale kiedy nakładałam mokre z wiatrołapu zwiał jeden z trojaczków. Tym razem Figa przesadziła - przekroczyła krawężnik i pognała go aż do jego altanki - biedak musiał być przerażony.
Winna Tosia, że nas tu nie było. Nie przyszła na kolację, dzwoniłam, dałam jeść Bolkowi, bo pogoda absolutnie nie do spacerów i ruszyłam do domu - mam swój honor i za kotami uganiać się nie będę. Sama nie wiem czemu nie skręciłam w stronę bramy, ale w przeciwną. Skoro już byłam w tej alei koło ogrodzenia, to nawet ją wołałam i nic. W drodze powrotnej spotkałam Bolka, który zaniepokojony wyszedł nam na spotkanie - w taką pogodę! Zawróciliśmy i jeszcze jedno koło zrobiliśmy - Tośki ani śladu. Zdenerwowałam się i wpisu nie zrobiłam.
Rano, następnego dnia brykała z Bolkiem na alei - bez żadnej skruchy.
Po południu poszliśmy na spacer - wiało strasznie.
Po drodze spotkaliśmy Berę, która przynosi jedzenie dla ptaków - stołują się trzy bażanty, dwie kuropatwy, kosy i inne wróblowate. Tosia nawet raz do bażanta się skradała, ale zwiał.
Zatrzymałam się na pogaduszki i przybiegł Lusiu ciekawski jak zwykle.
Doszłam z Figą do szczytu, Bolek też dotarł, a Tośki ani śladu. Wołałam, czekałam - nie przyszła. Zawróciliśmy i już z daleka było słychać jej miauczenie. Siedziała pod tują i darła się jak potępieniec - zimno, wieje... Już myślałam, że coś jej się stało, ale drogę powrotną pokonała w szalonym tempie ze skokiem na drzewo - zdrowa.
Wypadłam z rytmu i nie podchodziłam do komputera przez te dni. Już planowałam, że wieczorem zrobię notkę, ale Tosia nie przyszła na kolację. Fakt, zimno bardzo, śnieg z deszczem, ale tak się nie robi - są zasady. Ja mogę w taką pogodę, a ona nie? - szukałam, a jakże, bo spać bym nie mogła i co z tego. Znowu zmartwienie, bo może coś się stało? I tak wypadłam z rytmu i pisania.
Następnego dnia rano też jej nie było, więc kiedy po południu zobaczyłam ją w oknie altanki, aż głośno zawołałam (do siebie) jest, moja maleńka. Małpa jedna ile ona mnie zdrowia kosztuje. Głaskanie, mizianie i spacerek po dolnych działkach. Tosia nie wchodzi ostatnio na tę działkę, a Boluś zawsze, a widoczne na drugiej fotce rybki nie interesują go. Może Tosia właśnie tych rybek nie lubi.
W drodze powrotnej Figa gna na działkę i z dbałości o kondycję kociej młodzieży, robi małe zamieszanie po naszej stronie krawężnika - koty muszą wiedzieć gdzie ich miejsce (wyznaczone przez Figę).
Koło domu wróble mają się dobrze i jest ich więcej jak w ubiegłym roku - może to nie wróble?
Leya jeden dzień nic nie jadła i pancio już alarm robił, ale nadrobiła następnego dnia. Więcej teraz biega po domu, bawi się swoją myszą i nawet prawdziwą muchę upolowała. Sypia nawet w bardzo widocznych miejscach.
Zimno, wieje, pewnie idzie zima. Mimo takiej pogody na działce ruch. Ledwo bramę przekroczyłyśmy, jak Figa wypatrzyła na pędach winogronu sąsiada kota - matka bliźniaków. Długo mierzyły się wzrokiem i w końcu kotka ukryła się na stryszku, zanim zdążyłam dojść i zrobić fotkę. Trochę to niepokojące, bo one pomieszkują tam kiedy mają się kocić.
Po chwili, po przeciwnej stronie alei zobaczyłam maluchy. Nosek i jeden z bliźniaków bawiły się na ławce.
Drugi bliźniak dalej na folii okrywającej rośliny, co już było wyrazem niezwykłej odwagi lub głupoty, bo to działka gołębiarza. Nagle pojawił się Bolek i koniecznie na siebie starał się zwrócić uwagę.
Kiedy witałam się z Bolusiem, do akcji wkroczyła Figa. Zagoniła kocięta na ich działkę i wróciła do mnie zadowolona z siebie.
W pergoli czekała Tosia
a z altanki wyszedł na spotkanie Lusiu.
Najwyraźniej kocięta wykorzystały jego nieobecność i same ruszyły na wyprawę - dobrze, że Figa w porę interweniowała.
Bolek nie wszedł na działkę, a Tosia wybiegła na aleję i przysiadła w tym samym, co zawsze miejscu - czekały na spacer.
Przyszedł Lusiu
ale Tosia wybiła mu z głowy wspólny spacer. Poszliśmy sami.
Po spacerze, w domu senna jakaś się zrobiłam, zasnęłam i zupełnie zapomniałam o notce.
W nocy wiało strasznie, aż bałam się co zastanę na działce. Złamała się piękna, srebrna tuja - trochę szkoda. Byłam z niej dumna, bo wyhodowałam ją sama z 10cm gałązki, ale właściwie czas był ją skrócić, no nie aż tyle. Odrośnie, a teraz najbardziej dziwią się chyba maluchy, bo rosła na ich trasie do naszej altanki.
W taką pogodę, mowy nie było o spacerze. Trochę sprzątałam naniesione przez wiatr folie, połamane gałęzie, szczeble z pergoli... a koty przyglądały się.
Bolek długo obserwował mnie z jednego miejsca, a potem znudzony odszedł.
Jego miejsce natychmiast zajął Lusiu.
Tosia próbowała przysiąść na pieńkach, ale wiatr ją zdmuchnął i ukryła się pod innym iglakiem.
Figa obserwowała sąsiednią działkę, bo widzieliśmy tam matkę bliźniaków.
Lusiu zmienił stanowisko idąc za swoim idolem Bolkiem, ale tamten szybko się oddalił na drugą stronę alei.
Potem zastałam taką scenę - siedząca z zamkniętymi oczami Tosia, na wprost niej skradający się Lusiu. Tosia oczu nie otworzyła, ajednak
Lusiu się zatrzymał i nagle przeskoczył za iglaka, a potem
pędem na półkę.
Boluś mył się koło oczka i chyba czekał na kolację.
Jakimś sposobem wiedziały, że spaceru nie będzie. W przeciwnym wypadku już od dawna by siedziały na alei.
W Nowy Rok na śniadanie przybiegł tylko Lusiu. Bolka i Tosi nie było. Nie dostał jeść, bo posiłki są wspólne, niezależnie od tego czy koty się gniewają, czy nie. Przyszła Danusia i Lusiu pobiegł na śniadanie do niej. Cała młodzież była w komplecie. Kolejne dzwonki i ani śladu kotów - pogłuchły czy aż tak daleko uciekły przed nocnymi wybuchami?
Po południu Bolek siedział w altance. Miski puste, ale kto zjadł zostawione im śniadanie trudno powiedzieć. Dzwoniłam na Tosię i rozglądałam się. Pokazał się tylko Lusiu, który właśnie skończył posiłek u Danusi.
Czekałam dalej, dzwoniąc jeszcze parę razy. W końcu poszliśmy jej szukać. Oczywiście w alei przy siatce, bo może znowu za płotem się ukrywa.
Cały czas nawoływanie i nasłuchiwanie - tylko odgłosy petard, na szczęście daleko. Figa znowu niespokojna, Bolek też nie odchodził na boki.
Dochodziliśmy już do końca alei i nigdzie Tosi
Ciągle miałam nadzieję, że minęłyśmy się i ona czeka na nas na w altance. Przedostatnia działka w alei, czyli z boku,dwie aleje dalej nasza działka - ciche miauuu i nagle na płocie Tosia.
Zeskoczyła, pomiauczała
i niepewnie ruszyła w stronę Bolka.
Boluś już czekał na nią na rogu, przygotowując pewnie mowę powitalną.
Z jakiegoś powodu, Tosia nie była ciekawa, co Bolek ma jej do powiedzenia, bo wbiegła na działkę i wybiegła ponownie na krawężnik, ale już za zakrętem. Bolek ruszył za nią,
a Tosia znowu w krzaki, biegiem i czekała za zakrętem w kolejną aleję.
Skręciliśmy i my, by dać kotom namiastkę spaceru - wybuchy dalej było słychać i nie chciałam iść w górę.
Tosia wybiegła do Bolka
ale chyba coś niemiłego usłyszała
Figa nie zareagowała, czyli racja była po stronie Bolka. Zwykle Figa reaguje na pyskówki między kotami - nie zawsze sprawiedliwie.
Szkoda mi się zrobiło Tosi, bo strachu nam narobiła, ale pewnie winna nie była. Pewnie w uszach jej jeszcze dzwoniło od tych wystrzałów nocnych i nie była pewna czy to dzwonki na posiłek, czy w głowie jej tak dzwoni - biedactwo. Wygłaskałam znowu, co Bolkowi i Fidze chyba nie bardzo się podobało.
Okrężną drogą dotarliśmy do naszej altanki, gdzie czekał już Lusiu - pewnie też zamartwiał się o Tosię.