Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
Tosię zastałam śpiącą na kompostowniku, a Bolka w altance. Od razu ruszyliśmy na spacer, no z małym opóźnieniem przez Bolka.
Najpierw musiał napić się przed spacerem, bo w drodze mogą być z tym problemy
Z działki nie wychodził przykładnie ścieżką, ale między rabatkami
a tam, zainteresowała go trawka, a może coś w trawce, Figa i Tosia cierpliwie czekały na alei. W końcu ruszyliśmy. Doszliśmy do zakrętu i szliśmy już w stronę zaklętej działki. Nagle Tosia zawróciła - włóknina. Ona nie może się opanować i jak nie da się po, to chociaż na, wejść musi. Dalej, na brzegu alei zobaczyłam szarego kota. Kiedy się ruszył (widać na filmiku, za Tosią chodzącą po włókninie) wydał mi się nieduży i od razu pomyślałam o Szarusi - może to ona. Zawróciłam i poszłam go wypatrywać. Siedział na końcu działki i mył się - cały szary, jak ona. Fotka niewyraźna niestety, bo daleko i kot w cieniu. Cichutko weszłam na ścieżkę by z bliska kota obejrzeć, ale za mną Figa, Tosia i jak się potem okazało Bolek. Kot zwiał, na dachu altanki usłyszałam łomot i zobaczyłam Pieguska. Pewnie siedziała tam cała młodzież. Bolek w tym czasie wskoczył na drzewo - może chciał przeskoczyć na dach?
Wróciliśmy do naszego spaceru. Spotkaliśmy kotkę Łatkę. Ogon krótszy niż był i jakiś chyba łysawy na końcu, ale bez tego czerwonego bombla - zwiała szybko. Ostatnio przychodzi na działkę Danusi w poszukiwaniu pokarmu. Albo tamtejsi ludzie przestali ją karmić, albo niedostatecznie, jak na karmiącą kotkę - bo chyba już się okociła. Niestety, mimo namawiania, załatwionej dotacji na sterylizację, nie złapali jej i nie poddali zabiegowi. Tylko patrzeć, jak swoim zwyczajem przyprowadzi kocięta do szopy Staruszki i na stołówkę do nas.
Koty nie wstąpiły na zaklętą działkę, a ja zawróciłam, by jeszcze wypatrywac szarego kota.
Na tej samej działce wypatrzyłam, ale Burasa. On ciągle się tu kręci - całkiem możliwe, że to syn Łatki, więc tu się wychował, no i w pobliżu przynajmniej dwie panny koteczki do wzięcia.
Wróciliśmy na naszą działkę. Bolek skręcił na warzywnik (dwie grządki dla zasady) i mył się,
bacznie obserwując berberysy.
Tosia właśnie wchodziła na działkę przez rabatkę.
Kiedy była już na ścieżce, Bolek nagle skoczył w jej stronę i pogonił. Potem sprawdzał, czy nie złamała jakiegoś pomidorka koktajlowego i szczawiu nie zadeptała - ogrodnik się znalazł.
Podałam kolację (jadły w zgodzie na jednym stole) i poszłam zobaczyć, co porabia młodzież i czy Szarusi tam nie ma. Jedno z trojaczków siedziało na krawężniku.
Po chwili pojawiła się Tosia i ułożyła do snu. Kiedy przyłoży się rękę do wykładziny przykrywającej kompost, grzeje niczym piec.
Nikt mnie nie przywitał, nikogo w altance. Usłyszałam jednak jakiś łomot na dachu - wyszłam. Bolek właśnie na trawnik wchodził
a z dachu schodziła Tosia.
Bez dzwonków, czekania, szukania mogliśmy iść na spacer. Pewnie spała na dachu i teraz musiała wyładować energię - cierpliwie czekaliśmy.
Tosia odpowiednio przygotowała się kondycyjnie do spaceru i mogliśmy wyruszyć. Doszliśmy do szczytu. Koty biegały, skakały, a Tosia w drodze powrotnej weszła pod włókninę na grządce - nie mogła się oprzeć. Wszystkie zwierzaki w doskonałych humorach. Figa upominała się o rzucanie kamieni - rzucałam. Przed działką, Bolek pobiegł na skróty, przez trawnik sąsiadów. Pewnie chciał z ukrycia sprawdzić, jak wejdzie Tosia. Tosia, która kierowała się w stronę berberysów, coś wyczuła, albo przypomniała nauki Bolkowe, bo zawróciła i przykładnie ścieżką weszła.
Z jakiegoś powodu, Tosia syknęła na Bolka, kiedy podchodził do altanki - może o to szpiegowanie jej chodziło. Kolację jadły w całkowitej zgodzie, a ja poszłam zobaczyć, co porabia młodzież. Figa też poszła sprawdzić, czy granicy nie przekraczają. Zauważyłam, że od kiedy nie ma Lusia, maluchy nie przychodzą na naszą działkę. Właśnie dostały kolację. Znowu zawieruszył się ten z piegami przy nosku (to chyba jednak chłopak).
Tosia zjadła i też przyszła zerknąć na młodzież, ale z daleka. Bolek wszedł na ich trawnik, gdzie pewna siebie Plamka (bo Danusia była w pobliżu) spacerowała beztrosko. Nie wypatrzył Lusia, więc zawiedziony wrócił do siebie.
Kiedy odchodziłam do domu, Tosia smacznie spała na naszym kompostowniku.
PS.
Jedna z trojaczków, którą nazwałyśmy Kalinka (bo właśnie kaliny kwitną) została wysterylizowana (z aborcją niestety). Dwa dni przesiedziała zamknięta w altance Danusi, dzisiaj już wyszła na wolność. Ma apetyt, ale rodzeństwo i Plamka syczą na nią - może zapach weta, bo chyba nie o tę aborcję im chodzi?
Bolek zastanawiał się, jak długo można to jeszcze tolerować - to ewidentne lekceważenie przez Tosię. On ma dość tego wiecznego czekania, dzwonków, od których uszy puchną i poszukiwań - jeszcze dzisiaj zrobi z tym porządek. Zastanawiał się tylko nad doborem argumentów - tak by podziałały, ale by Tosi równocześnie przykrości nie sprawić, bo ona to wszystko przez roztargnienie, przepracowanie, bez premedytacji.
Szliśmy jej szukać.
Na tamtej, zaprzyjaźnionej działce byli ludzie. Zapytałam o Tosię. "Jest, śpi maleństwo na fotelu" i wskazali fotel ogrodowy, jak zwykle wystawiony specjalnie dla Tosieńki. Usłyszała rozmowę i obudziła się. Wstała i szybko podbiegła do ogrodzenia, usprawiedliwiając się po drodze. Przy okazji dowiedziałam się, że Tosia od nich odchodzi zwykle za ogrodzenie, na drugą stronę ulicy, a tam jest pewien pan, który ją lubi, pewnie dokarmia. Rozmowa zeszła na temat kleszczy i państwo wspomnieli o ranach po nieumiejętnym ich wyrywaniu. Wygląda na to, że to tamten pan jest winien.
Poszliśmy na spacerek w górę.
Nie widziałam powitania Bolusia i Tosi, a potem koty wyraźnie szły osobno.
Po spacerze, Bolek wszedł pierwszy na działkę.
Tosia chyba bokiem, przez działkę sąsiada. Zatrzymała się przy oczku wodnym i nie wchodziła do altanki mimo stukania o miski.
Bolek jadł, a Tosia dalej siedziała na kamieniach. Nie wniosłam jej, by sprawdzić co będzie dalej. Bolek zjadł i wyszedł. Tosia ruszyła w stronę altanki.
Weszła, zjadła mokre i jeszcze trochę suchego przegryzła - zajrzałam do niej, kiedy długo nie wychodziła. Bolek obserwował ją z daleka.
Musiał jej coś nagadać, a teraz mu przykro, że jeść z nim na jednym stole nie chciała - a tak się starał być delikatny, tak słowa dobierał.
Zjadła, wyszła, minęła go bez słowa
i odeszła w sobie tylko znane miejsce.
Chyba poszła przemyśleć wszystko i przyznała Bolkowi rację, bo następnego dnia rano i po południu była na działce i nie trzeba było jej wołać.
Dalej walczyłam z powojami i jeszcze jednym chwaściorem, którego nazwy nie znam, ale wredniejszy, bo liście wielkie, zagłuszające wszystko - "przyszedł" z terenu studni głębinowej. W samo południe pojawiła się Tosia. Przekąsiła suchego i dokonała obchodu działki.
Najwyraźniej szukała miejsca słonecznego, ale ustronnego, by mnie przy pracy nie krępować, a równocześnie mieć oko na to co robię. Pewnie dział zmieniła i teraz o ogrodnictwie pisze, stąd jej zainteresowanie.
Do lustracji ogrodu włączył się Bolek i też obchód rozpoczął.
Tosia przeszła na trawnik Danusi, podeszła do klombu, gdzie w ubiegłym roku często sypiała, ale miejsce było zajęte przez przynajmniej jedno z trojaczków.
Bolek szedł początkowo jej śladem, ale nie zauważył, kiedy przeskoczyła rabatkę i szukał dalej po naszej stronie.
Tosia chyba chciała się przed nim ukryć, ale na trawniku trudno to zrobić, więc przy krawężniku, pod kwiatkami. Zamknęła oczy by jej nie zobaczył i zasnęła. Bolek poszedł do sąsiada, po drugiej stronie alei i tam spał. Jakie one kochane i taktowne - nie mogą pomagać, więc nie przeszkadzają
(Nawet na fotkę chwaścior się wpakował - to ten liść na pierwszym planie z lewej strony)
Jak zwykle, wyruszyliśmy na spacerek
Z boku obserwował nas jeden z trojaczków.
Mieliśmy iść do zaklętej działki, ale w tamtej alei stało kilka osób, na wcześniejszej też ludziska.
Na aleję, którą szliśmy wszedł pies z opiekunem i Bolek zarządził powrót.
Zarośnięte, tak że aksamitek nie miałam gdzie wsiać. Narzekałam, że niezapominajki marnie wzeszły, a tu cała działka niebieska - z bólem serca wyrwałam część i wsiałam aksamitki - ślimaki też stworzenia boże, będą miały co jeść. Tak już jest, że one zawsze te aksamitki wywęszą i zeżrą prawie wszystkie - banda bezdomnych nierobów. Na mojej działce są głownie te bez muszelek, znaczy się bezdomne.
Boluś tym razem wylegiwał się na stole w pergoli, a ja pracowałam walcząc z powojami i innym zielskiem.
Kiedy poszedł naostrzyć pazury o martwą niestety wierzbę (prawdopodobnie winna jest bestia o nazwie krytoryjek olchowiec), zreflektowałam się, że czas na koci spacer i kolację.
Zadzwoniłam na Tosię, a Bolek czekał już zmęczony bardzo tym pieleniem.
Tosia nie przyszła. Przypomniałam sobie scenę z dnia poprzedniego i szybko ruszyłam w tamtą stronę. Z nerwów zapomniałam smyczy dla Figi, a to alejka, w której pies bez smyczy wywołuje awanturę, nawet jak jest to suka, która nie zadziera nogi przy każdym krzaku i idzie aleją, nie wchodząc za krawężniki. Pierwsze co zrobiłam, to zlustrowałam ulicę i pobocze, a dopiero potem zawołałam ją. Nie pokazała się, a ja zostałam obsztorcowana za psa, że to nie psi spacerniak itd. Tosia pewnie to obserwowała i wolała się nie narażać. Wróciłam na działkę, znowu dzwoniłam i czekałam. Bolek wyraźnie upominał się o kolację, ale jej nie dostał - on bez serca jest chyba, egoista jeden.
Szaro już się robiło, kiedy poszliśmy drugi raz. Ludzie poszli sobie do domu i mogłam ją swobodnie wołać. Tym razem świadomie smyczy nie wzięłam. Nawet nie zdążyłam jej zawołać - sama się odezwała. Była na tamtej zaprzyjaźnionej działce i jak zwykle miała dużo do powiedzenia. Poprzeciągała się (spała jak nic, a ja martwiłam się), a potem czule przywitała z Bolkiem, który pewnie od początku wiedział, że nic jej nie jest.
O spacerze mowy nie było, wróciliśmy prosto na spóźnioną kolację.
Pierwszego dnia po powrocie, Bolek wyszedł mi na spotkanie i nawet zamiauczał, co w jego przypadku oznaczało wielką wylewność. Miło mi się zrobiło, bo miał prawo się dąsać.
Tośka mnie nie wypatrywała, a nawet było jej zupełnie obojętne czy wróciłam. Kiedy nie przyszła po trzecim dzwonku, poszliśmy na poszukiwania.
Z daleka zobaczyłam na alei panią, co to twierdzi, że działki nie są miejscem dla zwierząt. Wyraźnie zbierała się do odejścia, więc wolałam odczekać, tzn. iść kawałek w inną stronę, by jej nie spotkać. Po co ma się kobieta denerwować, i tak jest już nieszczęśliwa, bo zwierzaki lubi tylko w garnku.
Nie poszliśmy daleko, bo z góry schodzili z psem, więc Bolek zwrócił.
Wystarczyło, by baby nie spotkać. Bolek wszedł na działkę przyjazną Tosi.
Zamiauczała od strony ogrodzenia. Właśnie szła, pewnie zaspała. Zamarłam na moment, bo kierowca nie zwolnił, a trąbić zaczął dopiero pod swoim domem. Tym razem zdążyła, ale teraz jeszcze bardziej będę się o nią bała.
Przywitałam się z jamniczkiem - on dokarmia bezdomne koty działkowe. Jamniczek poszedł dalej, a my wróciliśmy na działkę, bo ludzi było dużo, na grządkach włóknina, a Tośka bardzo lubi po niej biegać i wczołgiwać się pod.
Trochę pospacerowałam po ścieżkach, by zobaczyć co zmarzło nieodwracalnie, co wykiełkowało... Uschła wierzba mandżurska - jakieś owady drewnojadki ją załatwiły. Pod odchodzącą korą pełno malutkich jak mrówki , ale okularów nie miałam, więc trudno powiedzieć, co za dranie i czy one winne. Pod drzewem sypiące się trociny z otworków - jacyś wiertacze. Szkoda, ale mam drugą, a tę zostawię jeszcze, bo ładna. Może będą tam siedziały i nie przeniosą się na inne drzewa. Tego spalić razem d lokatorami nie mogę, bo już obowiązuje zakaz palenia.
Zwlekałam z kolacją, by odejść do domu, kiedy koty będą jadły. Inaczej Tosia by wymusiła spacer.
Cały czas czekały gotowe do wymarszu. Głupio mi było przed Tosią, ale uciekłam, kiedy jadły.
Jak już wspominałam, ogród Lucynki został zniszczony i zamieniony w wielkie klepisko po brukowaniu podjazdu przez całą jego długość i ocieplaniu fundamentów. Wszystko trzeba było przywrócić do porządku i zabrało nam to trochę czasu.
Lucynka w zasadzie jest kotem domowym i bez nadzoru z domu nie wychodzi. Dawniej tylko na smyczy, ale po jej nocnej przygodzie wychodzi bez uwięzi, bo natychmiast reaguje na zawołanie "Lucyna do domu".
Dla przypomnienia: nocna przygoda, to było przypadkowe zamknięcie na noc, Lucynki na tarasie. Stoczyła tam walkę, co opiekunowie słyszeli, ale przekonani, że to jak zwykle obce koty, spali nadal. Dopiero rano wpadli w panikę, kiedy kotka nie weszła do kuchni na śniadanie. Sprawdzili taras, ale okazało się, że siedzi z drugiej strony domu, pod drzwiami wejściowymi.
Tak więc, kiedy my pracowałyśmy w ogrodzie, Lucynka z tarasu obserwowała co się dzieje przed domem. Zadziwiające jest to, że nigdy (z wyjątkiem owej feralnej nocy) nie próbowała przeskoczyć metrowej barierki.
Tam, pod drugą tują od lewej strony, kotka sąsiadów (śliczna) o imieniu Maleństwo (bo pewnie kiedyś była malutka) urządziła sobie toaletę. Lucynce bardzo się to nie podobało, ale nie interweniowała. Maleństwo chodziła zbulwersowana po całym terenie.
Z dnia na dzień, wszystko się zmieniało, a już szczytem złośliwości z naszej strony było położenie włókniny pod dwie pierwsze tuje od lewej i wysypanie na niej żółtych otoczaków. Akurat byłam w pobliżu (niestety bez aparatu), kiedy Maleństwo zobaczyła to pierwszy raz. Była w szoku, myślałam, że szlag ją trafi na takie szykany. Chodziła wkoło po kamykach, przeszła do następnej tui, węszyła, potem do kolejnej i wróciła do tej trzeciej. Usiadła i zastanawiała się... odeszłam, bo widać przemyślenia były bardzo poważne. Następnego dnia okazało się, że przeniosła toaletę pod czwartą tuję. Pojęcia nie mam co zrobiła, kiedy pod wszystkimi pozostałymi położyłyśmy grubą warstwę kory, ale przeżyła bo widziałam ją w dobrym zdrowiu z drugiej strony domu.
Tego dnia, Zuzanka nie zamknęła za sobą drzwi do wiatrołapu i Lucynka wybrała się do ogrodu. Że teren ten na nazwę ogrodu w tym czasie zupełnie nie zasługiwał, poszła dalej, do sąsiada. Już tam bywała - ładnie, dużo rozmaitych krzewów, mało otwartej przestrzeni, dużo kryjówek. Zuzanka wpadła w panikę, że jej Lusia uciekła (wspomnienie Bolka i Tosi), ale pocieszałyśmy, że wróci i nic się nie stanie - bardzo się myliłyśmy.
Kamila przestała filmować, bo kotka wracała już do siebie, gdy nagle, z boku wyskoczył ten bandyta, damski bokser i zdzielił Lucynkę łapą po grzbiecie. Kotka uciekła prosto do domu. Kamila poszła sprawdzić, czy coś jej zrobił, ale nic nie znalazła. Tego dnia, do wieczora siedziała już na tarasie, ukryta w swoim drapaku.
Następnego dnia Lucynka nie zeszła na śniadanie, nie prosiła o wypuszczenie na taras. Kiedy jeszcze po południu nie zeszła na parter, tylko leżała na słońcu przy oknie, ponownie zaczęłyśmy oględziny. Nie pozwoliła się dotykać na grzbiecie, między łopatkami. Miała tam kilka sklejonych włosków i ślad, jak po igle, bez wycieku. Pamiętając podobny ślad u Tosi, ale z wysiękiem ropy i jej długą kurację, jasne było, że to nie zwykłe stłuczenie i lekarz konieczny. Następnego dnia rano dostała kroplówkę i antybiotyki. Wet powiedział, że dostała pazurem w takie miejsce, gdzie może zebrać się bardzo dużo ropy i widać tego nie będzie - ona miała już ropień wielkości orzecha. Wróciła do domu z wenflonem w łapce. Następnego dnia czuła się już wyraźnie lepiej i swobodnie chodziła.
Kuracja trwała trzy dni - ostatni antybiotyk miał przedłużone działanie. Lucynce wrócił apetyt i to taki jak nigdy. Pierwsze co zrobiła, to ukradła kotleta schabowego (bo chorej wszystko wolno) i oddać nie chciała.
Z apetytem wróciła chęć zwiedzania ogrodu. Wymykała się przy każdej okazji, a swoje pierwsze kroki skierowała w miejsce napadu - pewnie obmyśliła zemstę. Na szczęście obcego tam nie było. Kocisko wstrętne (ale bardzo ładne) kręciło się po okolicy, przeganiane przez wszystkich, bo na kotki sąsiadki też napadł i do mieszkania wchodzić jej próbował.
Maleństwo ma towarzyszkę, która toaletę zrobiła sobie z boku ogrodu Lucynki - tu też wyłożyłyśmy otoczaki. Obie kotki mają swój ogród, dwa razy większy niż Lucynka, ale u siebie nie brudzą. Teraz ciągle siedziały przy tych kamorach i dumały, jakie szykany jeszcze je spotkają. Przy tej okazji dochodziło do spotkań z Lucynką, ale bez bijatyk - kończyło się na wymianie poglądów.
Ktoś w komentarzach kiedyś napisał, że wygrał kot, który pokazał tyły, więc Lucynka, ale na zwyciężynię nie wyglądała.
Byłam też w Warszawie, u Pumy i Mamby, ale z Zuzanką, więc ukryły się. Na Pradze wypatrzyłam za to takie okno
Ostatnia notka o tym co się działo przed moim wyjazdem.
Koty działkowe bały się Zuzanki (każdego dziecka się boją) i zwiewały w krzaki. W domu było już nieco inaczej. Leya boi się każdego obcego (a miał to być taki odważny kot), więc zamieszkała w wersalce, z której wychodziła nocą i jak gości nie było w mieszkaniu. Pierwsze kroki skierowała do taty Zuzanki i nawet pogłaskać się dała. Po tygodniu, kiedy Zuzanka już spała, podeszła do Kamili siedzącej w fotelu. Stanęła na dwóch łapkach i wyciągnęła przednią łapę do przodu, jak do przybicia "piątki" (tak każdego dnia podchodzi do mnie). Kamila wzięła ją na ręce. Leya już miała zwiać, kiedy coś ją zatrzymało. Jeszcze niepewnie, gotowa w każdej chwili do ucieczki przytulała się jednak do brzucha Kamili. Podobnie jak kotka Lucynka, wyczuła w niej nowe życie, przyciągające jak magnes. Lucynka odgadła ciążę Kamili, zanim ta zrobiła testy i już przy każdej sposobnej okazji przytula się do niej. Tak samo było przed narodzeniem Zuzanki. Dziecka unikała, ale przybiegała gdy tylko zapłakało - sprawdzała co się dzieje i odchodziła.
Figa też unikała kontaktu z Zuzanką, bo Figa boi się dzieci (jako szczeniak została przez dziecko skrzywdzona i został jej uraz). Zuzanka każdego dnia przekupywała ją wędliną, ale pies nie dał się skorumpować, bo pies za wędlinami nie przepada. Przełom nastąpił, kiedy Zuzia jadła panna kottę - Figa uwielbia słodycze, ale ich od nas nie dostaje. Początkowo dostawała trochę na paluszku, do oblizania
potem już łyżeczką
i jeszcze troszkę z paluszków, by się nie zmarnowało.
Po południu sama podeszła do Zuzanki i drapnęła ją łapą, co oznaczało prośbę o pogłaskanie, a wieczorem obie tarzały się na dywanie w radosnej zabawie. Filmik nie wyszedł, bo światło za słabe było.
W tym samym czasie, Leya już w ciągu dnia opuszczała swoją kryjówkę, a właściwie nie wchodziła do niej. Jej ulubionym miejscem do wylegiwania stała się Kamila.
Zuzanka też ją intrygowała, ale ciągle była nieufna. Pierwszych oględzin dziecka dokonała gdy spało.
Potem z boku w regale się ulokowała i dalej obserwowała małego człowieka.
Wieczorem, kiedy Zuzanka zasnęła na kolanach mamy, Leya nie miała innego wyjścia, tylko położyć się obok.
Nie zbliżyło to jednak jej do dziecka. ostrzegawczo syczała, kiedy w dzień Zuzanka próbowała się zbliżyć, a dziecko to respektowało.
Jak obiecywałam, zdjęcie Plamki - to ta z przodu, a za nią jedno z trojaczków.
Jeszcze trochę wspomnień.
Podczas pobytu Zuzanki, na działkę chodziłam sama, by koty przespacerowały się i spokojnie zjadły. Potem telefonowałam do domu, że dziewczyny mogą już przyjść.
Tosia jak zwykle pobiegła w nieznane, a Boluś wyszedł po kolacji pospacerować.
Usłyszał głos dziecka dochodzący z alei i już się zaniepokoił.
Zuzanka była jeszcze daleko, ale Bolek łapy ugiął i stylem przyziemnym skierował się w stronę pergoli.
Zminieł jednak zdanie i poszedł dalej, w stronę działki Danusi.
Zuzanka właśnie wchodziła na działkę. Boluś znowu zawrócił
i szybkim, ale pełnym godność krokiem, choć trochę przy ziemi
przeszedł w maliny, a potem przez działkę sąsiada dalej... ukrył się pod rozłożystym iglakiem za studnią głębinową. To była jego stała kryjówka, kiedy na działce było dziecko. Może to tam ukrywa się także podczas burzy.
Zuzanka wbiegła do altanki i nie zawiodła się.
Po krótkim czasie Lusiu zwiał jej na działkę Danusi. Zuzanka pobiegła aleją, weszła na działkę i poprosiła Pana Jurka o pomoc w złapaniu kotka.
Zadowolona (Lusiu mniej) wracała,
ale kot zwiał.
Przewrotne stworzenie uciekło na naszą działkę, czyli tam gdzie miało być zaniesione
Ukrył się pod iglakiem. Zuzanka doświadczona w zabawach z kotką Lucynką, znalazła gałązkę
i Lusia wywabiła na trawnik. Potem była już tylko wspólna zabawa w polowanie.
Obiecałam sobie, że z domu kotki Lucynki zrobię kilka notek, ale czasu brakło. Fotki przygotowane, nawet na blog wrzucone, więc teraz nadrabiam. Jestem już w domu. Bolek, Tosia, Figa i Leya zdrowe - nie gniewały się, że je zostawiłam, a różnie to wcześniej bywało.
Przed wyjazdem porządkowałam zdjęcia i odnalazłam jeszcze takie z Lusiem. To był jego przedostatni dzień na działce.
Przyniosłam sobie jogurt owocowy. Bolek i Tosia takiego nie lubią, więc bez obawy zostawiłam otwarty w altance i dzwoniłam po Tosię. Do altanki wbiegł Lusiu i już mogłam pożegnać się z moim jogurtem.
Tosia przybiegła szybko i poszliśmy na spacer po dolnych działkach. Nie pamiętam jednak czy coś ciekawego się wydarzyło. Lusiu został w altance.
Dzień przed moim wyjazdem, Szarusia i Plamka (Nosek) zostały wywiezione do przyjaznego domu, a właściwie szopy z ogrodem na drugim końcu miasta. Mieszkać miały na strychu owej szopy. Czekano tam na nie od dawna. Następnego dnia Danusia pojechała zobaczyć co u nich słychać, zawiozła jedzenie i jeszcze wyprawkę jakąś by im "mieszkanie" lepiej przygotować. Niestety, kotów od rana nikt nie widział. Wyobrażam sobie jej zdenerwowanie i wyrzuty sumienia. Miało być im lepiej (bezpieczniej), bo na działkach już pyszczą o dołach na grządkach i wspominają jesienny zmaltretowany koperek, a teraz przepadły dwa maluchy. W tym czasie, na górnych działkach, koło siedziby kota Miłka i jego ferajny, podłożono truciznę. Wiem od pana, który widział cierpienia jednego z umierających kotów.
Obie siostrzyczki roku jeszcze nie miały i świata poza działką nie widziały. Zaopatrzone w jedzenie wydawało się, że będą trzymać się miejsca, gdzie czeka pełna miska. Piątego dnia , na działce Danusi pojawiła się Plamka. Przed wywiezieniem, dzika zupełnie - teraz miaucząca, ocierająca się o nogi. Chodzi za Danusią krok w krok i przymila. Miauczy i przeprasza za wszystko złe co zrobiła, obiecuje, że już nigdy więcej, tylko nie wywoźcie mnie już tak daleko.... Kiedy usłyszałam o tym przez telefon, a teraz sama zobaczyłam, aż łzy się w oczach kręcą. Przeszła około pięciu kilometrów, pokonując ruchliwe ulice - głodna, spragniona... i nie ma pretensji, wręcz przeciwnie, garnie się do swojej opiekunki. Danusia już jej nigdzie nie odda, żeby koper ludziom snopami odkupić musiała. Wczoraj widziałam wieczorem szarego kota - szedł z działki Danusi do mojej altanki, więc zna teren. Nie zdążyłam mu się przyjrzeć, ale wydawał się jednak ciemniejszy od Szarusi.
W dalszym ciągu na działkach są trojaczki - po piętnastym maja będą sterylizowane. Znowu pokazuje się Łatka (bez ogona), która gdzieś się okociła i może zamknięto jej stołówkę. Całkiem możliwe, że zagląda do naszej altanki i wystraszyła Tosię, bo ta znowu boi się wchodzić na posiłki. Muszę ją wnosić i pilnować, aż zje.
Fotki wrzuciłam jeszcze przed wyjazdem, więc zostawiam, a bohaterską Plamkę w najbliższym czasie pokażę.
Lusiu czekała aż wrócimy ze spaceru i zjadł kolację w miłym towarzystwie. Nadal jest w domu z psem, do którego go zabrano. Mam jednak mieszane uczucia - czy nie został on zamknięty w przysłowiowej złotej klatce - on tak lubił biegać po drzewach i dachach altanek - czy widok z balkonu może to zastąpić? Brakuje go na działce...