|
Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
wtorek, 09 lutego 2010
Nadprogramowy spacer.
Wstałam, zrobiłam sobie kawę – Figa spała na kanapie. Zaczęłam się zastanawiać, czy już była na spacerze z panem. Nie obserwowała mnie, nie chodziła za mną, więc nigdzie się nie wybierała.
Zadzwoniłam, ale w komórce usłyszałam tylko, że abonent poza zasięgiem. I co mi z takiej informacji, ja chcę wiedzieć, czy pies na spacerze był i czy koty śniadanie dostały. Zaczęłam się ubierać – pies nawet nie spojrzał na mnie – pewnie była. Kolejny telefon i znowu o abonencie mi mówi, – co mnie abonent obchodzi, ja o psie i kotach … Kiedy wkładałam buty Figa ożywiła się i już gotowa stanęła przy drzwiach – poszłyśmy, choć wiatr i zimno okrutne. W altanie zastałam tylko Bolka. W jednej miseczce świeże mokre, suchego dużo, druga miska wylizana. Więc jednak był, ale Tosi nie było, bo to jej porcja – jaki ten Bolek uczciwy. Zadzwoniłam – przybiegła natychmiast. Głodna bardzo – biedactwo. Bolek pewien chyba nie był kto przyszedł, bo Tosię obwąchał i wrócił na parapet. Prowokował do pieszczot, więc wygłaskałam, wymiziałam – oba. Tosia skończyła śniadanie i dołączyła do Bolka, a ja mogłam spokojnie wracać do domu po nadprogramowym spacerze. Doszłyśmy do bramy, kiedy zadzwoniła komórka – rychło w czas. Małżonek meldował, że był z Figą i u kotów. Kiedy wszedł do altanki, na podłodze zastał mocno zdziwionego obcego kota – burego. Kot wybiegł natychmiast, ale Figa, która siedziała przed altanką nie goniła go. Zadzwonił na Tosię, zawołał, ale nie przyszła. W drodze powrotnej, Figa zatrzymała się i długo wpatrywała w „śnieżną jaskinię”, która powstała pod świerkiem na pierwszej działce (wiem gdzie - ulubiona skrytka Tosi). Dziwił się jednak, że nie wbiegła tam i nie goniła kota, który z całą pewnością tam się ukrywał. A mnie to nie dziwi – jak można gonić coś, co nie ucieka tylko siedzi? Mnie dziwi i cieszy to, że Figa z działki nie goniła „obcego” – może zaczyna akceptować bure kocisko?
poniedziałek, 08 lutego 2010
Szukając wody.
Zimno, wiatr, woda zamarza. Koty spragnione chyba, mimo, że jogurt i mleko dostają, a śniegu pod dostatkiem. Jak wodę ciepłą zaniosę – nie piją. Że chlorowana? Sprawdzę, jak zareagują na mineralną. Tymczasem ciągle po tych zamarzniętych oczkach wodnych chodzą, co budzi we mnie poważne obawy, że jak nie teraz, to w przyszłych dniach lód się załamie i tragedia będzie.
Zastałam je na parapecie. Bolek zszedł coś przekąsić. Tosia coś miauknęła w jego stronę. Widać jakieś polecenie, albo prośba, bo Bolko z altany wyszedł, a po chwili i ona. Usiadła na studni i zaczęła obserwować jego poczynania. Po chwili pobiegła do drugiego oczka wodnego – też zamarznięte i zasypane ogromną zaspą śnieżną – wróciła i w oddali czekała. W tym czasie Bolek szukał Musiała palnąć coś głupiego i zdawać sobie sprawę, że Bolek ma prawo się gniewać, a może nawet futerko przetrzepie. Siedziała tam kilka minut i dopiero propozycja spaceru rozładowała napięcie. Koty szły innymi drogami, mimo, że ostatnio Bolek zwykle za Tosią jej śladem – praktyczny. Tym razem gdzieś po działkach, po śniegu głębokim – obrażony i słusznie. Tak się starał, a ona jakieś przytyki, czy drwiny, albo pretensje. Na drugiej alei dołączył do mnie, a Tosia swoim zwyczajem została – na studni. ![]() ![]() Dogoniła nas jak wicher w połowie alei – dalej koty biegły już razem w zupełnej zgodzie.
niedziela, 07 lutego 2010
Niech wie.
Pusta altanka. Czy są tu jakieś koty – zapytałam. Z sypialni wyjrzała nieco zdziwiona Tosia i po krótkim namyśle zeskoczyła.
Po chwili pojawił się Bolek i od razu na półkę przy drzwiach, aby sprawdzić pogodę - też zaspany. Co one w nocy robią? Tosia przeskoczyła na parapet i nawet za bardzo ochoty nie miała nigdzie się ruszać. Prosić się nie będę, mi tam nie zależy na kocim towarzystwie – wyszłam. Doszłam do pergoli i zapytałam głośno: czy koty idą na spacer? Pierwsza wybiegła Tosia i pognała za Figą. Bolek wyszedł i ruszył za nami, a co miał robić? Sam zostać w domu nie chciał, nie miał wyboru. Tym razem prowadziła Figa – do zakrętu. Potem drogi wszystkich się rozeszły. Figa pognała na działkę bokserki Bery – chociaż tyle satysfakcji, mimo, że tamta tego nie widzi, ważne, że Figa wie po czyim terenie bezkarnie sobie biega. Tosia poszła dalej wydeptaną ścieżką – pomyślałam, że znowu na ten płotek. Jednak ona sama jeszcze nie była pewna co dalej. Przez moment czaiła się na Bolka, gdy nagle myć się zaczęła, a to jak wiadomo oznacza zastanawianie się. Bolek oglądał się za siebie rozważając pewnie powrót. Nagle zerwała się i pognała prosto na słup – ten betonowy, tak bardzo wzgardzony. Wskoczyła na pierwsze oczko i przysiadła czekając, aż Bolek nadejdzie. Niech patrzy, niech podziwia, jaka jest zwinna. Kiedy miała już pewność, że Bolek ją widzi, weszła wyżej i nawet przez moment przymierzała się do dalszej wspinaczki. Niech wie, że ona też potrafi, że nie tylko płotki… niech nie myśli sobie...
sobota, 06 lutego 2010
Jak w piosence.
Już dawno minęłyśmy zakręt, a Bolka widać nie było. Szedł za nami, ale ociągał się naburmuszony na te spacery. On woli wygodnie na miękkim parapecie przez okno świat podziwiać. Czy to zaraz wychodzić trzeba z ciepełka, żeby ten śnieg oglądać. Oczy go potem bolą, łzawią i myszy nie widzi.
Tosia przysiadła na pieńku i czekała dłuższą chwilę – nie doczekała się, a chciała mu pokazać, jak wdzięcznie wygląda. Pojawił się – naburmuszony, uszy po sobie…ciekawe, co go zatrzymało. Tosia nie pytała, bo już siedziała na płocie. Zgrabnie zeskoczyła i tu nieoczekiwanie dostała reprymendę od Figi – czort wie, o co. Właściwie, Figa obsztorcowuje ją zawsze po zejściu z płotu – zazdrość ją chyba zżera, że tamta potrafi, że może, a ona nie – ach te baby. Bolek jest niechodzący po płotach, ale żeby nie myślała sobie, że jest ciamajdą, o nie. On woli wspinaczki bardziej ekstremalne. Też mi coś, pomyślała – ordynarny betonowy słup, drabina niemal, że wysoko? Czy ktoś słyszał o tym, żeby koty po słupach energetycznych chodziły – głupota, a nie sprawność. A o takich jak ona to nawet piosenki piszą i wszyscy je znają: Wlazł kotek na płotek i mruga. Piękna to piosenka, niedługa; My temu chytremu kotkowi I sami odmrugnąć gotowi, Do tego płotka Tosia przymierzała się od dawna, ale stary, pochylony i nad studnią – trochę zawsze się bała. Teraz ustabilizowany śniegiem, dużo niższy, odważyła się
piątek, 05 lutego 2010
Tam były rybki.
Koty siedziały i patrzyły przez otwarte drzwi – dumały nad czymś wyraźnie.
Zdziwiło mnie to, bo Bolek zwykle wskakuje na parapet i prosi się o pieszczoty. Wyszłam z altanki zostawiając koty w środku. Wiedziałam, że wyjdą, jak tylko je zawołam. Pierwsza będzie Tosia, potem po długim namyśle Bolek – wiele się nie myliłam. Wyszły oba koty i usiadły na studni (prawdziwa, zabezpieczona). Ruszyłyśmy z Figą na spacer zostawiając koty zadumane. Dogoniły nas na alei. To zwyczaj Tosi – zostawać daleko w tyle, a potem gnać jak wicher, przeganiać Figę i prowokować do dalszej gonitwy. Bolek niemal nie biega, on najwyżej podbiega, aby dogonić – on nie marnuje energii bez powodu, on strasznie praktyczny jest. Doszliśmy do działki z oczkiem wodnym, w którym pływają złote rybki. Teraz oczko jest zamarznięte i zasypane śniegiem. Czasem widzę, że ktoś był i otwory w lodzie porobił. Już kolejny jednak dzień nie widać tam żadnych śladów ingerencji człowieka. Koty zatrzymały się i znowu zastanawiały nad czymś. Figa podbiegła zaciekawiona postojem. Nikt się na nikogo nie czaił, nawet zamiaru takiego nie miał - siedziały. Po chwili Tosia wstała i zajrzała przez płotek. Przeszła w głęboki śnieg, zapadała się po pachy, ale szła dalej. Dotarła do „studni” (to tylko imitacja) i siedziała tam rozglądając się. Bolek, nygus jeden czekał na alei, a Figa, którą energia rozpiera pobiegła w przeciwnym kierunku nie wiadomo, po co, bo zaraz wróciła. Kiedy spojrzałam w kierunku Tosi, ta chodziła już po, a właściwie nad oczkiem wodnym. Chyba Bolek fuknął na Tosię, że marnie się starała, bo ta uciekła. Sam poszedł sprawdzić - znawca. Wszedł na studnię, ale też rybek nie wypatrzył.
czwartek, 04 lutego 2010
Zabawa w chowanego.
Po powrocie ze spaceru, pierwsza do kociego wejścia wbiegła Tosia, jednak zatrzymała się w wiatrołapie z jakiegoś powodu. Bolek czekał, aż zwolni przejście, ale jej nie poganiał rozumiejąc, że musi być tego jakaś przyczyna. Figa też nerwowo węszyła – bez rezultatu.
Tosia nadal lustrowała wnętrze altanki – wyraźnie bała się wejść. Bolek wskoczył na stół i sprawdził zawartość misek – suche było, ale w altance pozostał chyba zapach „obcego”, bo nawet Figa wpadła ją obwąchać. Nic nie wywęszyła, ale tak na wszelki wypadek wybiegła zaraz, aby zjeść, co miała, zanim ją okradną. Tosia wycofała się, weszła drzwiami i gdzieś zniknęła. Bolek nadal szukał. Nie trudno się domyślić, kto zdążył ukryć się pod tkaniną i czekał, aż Bolek wszystko sprawdzi. Myślę, że Bolek dobrze wiedział, kto tam siedzi.
środa, 03 lutego 2010
Kot kapryśny nieco.
Trusia nadal dostaje (protestuje przy tym) każdego dnia po pół tabletki encortonu. Może to jedno z działań ubocznych tego leku, ale ma apetyt. Ograniczam, jak tylko mogę mięso i proponuję jej rybę. Trusia zjada ją z apetytem pod warunkiem, że ryba jest smażona i podana ciepła. Resztki, którą zostawi nie zje, jeżeli jej ponownie nie zagrzeję – tak sobie postanowiła i rady nie ma. Mięso może być nawet prosto z lodówki, byle nie kurczak. Kurczaka zje, ale też ciepłego, z rosołu. Pojęcia nie mam, o co w tym chodzi, ale niech tam – to już stareńka dama i w jej wieku pewne dziwactwa dziwić nie powinny. Jeżeli muszę już dać jej mięso, to staram się, aby było takie o najmniejszej „zawartości mięsa w mięsie”, czyli wędliny (polędwica i szynka).
Sypia już w różnych miejscach, nie tylko pod grzejnikiem, czyli już nie marznie tak bardzo. Wydaje mi się, że nabrała trochę ciałka. Wyspana szuka towarzystwa i jak dawniej towarzyszy mi przy komputerze, co akurat mogłaby sobie odpuścić. Wczoraj jadłam krupnik. Byłam nieco zdziwiona, kiedy usiadła na stole i czekała, aż skończę – to jest normalne, jak jem ogórkową, albo rosół. Zostawiłam w filiżance dobry centymetr zupy i odstawiłam. Po jedzeniu koniecznie trzeba było się umyć, co też jest powrotem do dobrych zwyczajów (chora przestała się myć) Najedzona, czyściutka dokończyła higieny ostrząc pazurki a potem poszła spać, jak dawniej – w regale. Czasami wygląda przez okno w kuchni, ale ptaszków nie płoszy. Okazuje się, że te sikorki już tak mają – skubną raz i odlatują – wiem z dobrego źródła Trusia nawet ukrywa się, kiedy ptaszki skubią – ona drobiu, tak nie bardzo… A wczoraj byłyśmy z Figą nakarmić kaczuchy
wtorek, 02 lutego 2010
Kotek za płotek.
W rocznicę naszego bloga pospałam sobie dłużej i minęła pora kociego śniadania, a tym samym pierwszego spaceru Figi – dały mi to wyraźnie do zrozumienia. Tosia zniecierpliwiona, mimo zimna wyszła mi na spotkanie (czekała na sąsiedniej działce) i głośno wyrażała, co o tym myśli.
Wstyd mi się zrobiło, tym bardziej, że Bolek też wyszedł. Ale on ograniczył się do pogadania z Figą. Poszliśmy prosto na krótki spacer. Teraz mamy tylko jedną drogę spacerów, wydeptaną w górę działek – reszta to głęboki, dziewiczy śnieg. Mijaliśmy zakręt, kiedy Tosia postanowiła wyjść za ogrodzenie. Latem zawsze to robi – metr za płot (tajną dziurą), nasłuchuje czegoś w wysokiej trawie i wraca tą samą drogą. Dawno tam nie była, więc weszła Posiedziała, powęszyła i wróciła. Przyglądał się temu Bolek, ale nie zrobił nawet jednego kroku w jej kierunku. Jak tylko Tosia wróciła, ruszył na naszą działkę i zdecydował o zakończeniu wycieczki - były jeszcze bez śniadania. Figa w tym czasie wzięła poranną kąpiel.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Mróz trzyma.
Figa znalazła patyk, z którym próbowała wejść na działki – nie zmieścił się w furtce i miała kłopot. Zanim jednak wyjęłam aparat, aby sfilmować jej zmagania, patyk przegryzła. Pognała z nim dalej i nagle porzuciła.
Koty w przeciwieństwie do Figi, nie mają ochoty na zabawy, ani spacery - siedzą w sypialni. Nawet nosów nie wystawiają, kiedy wchodzę. Dopiero odgłos szykowania jedzenia, wyciąga je z piernatów. Tosia pierwsza sprawdza, co przyniosłam. Bolek je mniej niż ona, a może tylko tak udaje i objada się suchym jak nikt nie widzi. Zwykle jego „mokre” nie jest zjedzone w całości – z wyjątkiem dni, kiedy mają gościa. Tym razem Boluś usiadł na podłodze, nawet na stół nie wszedł – może chory? Przed altankę wystawiłam suche dla Łaciatej i nakładałam mokre kotom. Bolek przeniósł się na półkę przy drzwiach. Nasłuchiwał odgłosów za drzwiami – popełniłam błąd, Figa dorwała się do suchego Łaciatej. Potem zeskoczył i zaczaił się przed kocim wejściem. On jednak pilnuje domu przed obcymi, a może tylko chciał witać gościa. Posadziłam Bolka przy misce – jadł, to chyba Tosia wcześniej wydała mu jakieś dyspozycje. Do opróżnionej przez Figę miski, ponownie nasypałam suchego dla Łaciatej. Jak się zaraz przekonałam, Figa poprzenosiła wszystkie poprzednie chrupki dalej, do swojej „jadalni” i zostawiła na śniegu. Twardy, ubity, więc jakiś kot znajdzie – nie zmarnuje się. W drodze powrotnej Figa odnalazła swój skrócony patyk, który uznała jednak za nadal atrakcyjny. *** To już rok, jak nasze zwierzaki zaistniały na tych stronach. Czas obejrzeć się wstecz ![]() i zrobić małe podsumowanie:
niedziela, 31 stycznia 2010
Dał z siebie wszystko.
Plan dnia poprzestawiali mi inni i dla kotów zostało mało czasu – czekała mnie wizyta u dentysty.
Była piękna, słoneczna pogoda, a ja nie miałam czasu na spacerki. Koty zastałam rozbudzone – Tosia dojadała resztki ze śniadania, które tym razem nie zamarzło, Bolek jak zwykle w oknie. Musiałam trochę odśnieżyć ścieżkę – powinnam dostać już jakiś certyfikat odśnieżacza, bo całkiem ładnie mi to wychodzi. Przyszła Basia (przyniosła kotom zapas suchego), która miała nadzieję na wspólny, mały spacer z aparatem do lasu (do kotów straciła cierpliwość). Do pergoli wszedł Bolek. Zaczął się bawić na stole gałązką bluszczu, potem przeszedł na ławkę i sprowokował Basię do zdjęć. Spacerował, przez kratki wyglądał, na dwóch łapkach stawał – prawdziwy model. Wrócił na stół i tu wszelkie możliwe pozy prezentował – dał z siebie wszystko. W tym czasie Figa wykopała kość, której nie wykradła Łaciata. Basia podeszła, aby zrobić jej fotki. Figa obawiając się o gnata, ukryła go w pysku i czekała, aż Basia się oddali, ale dzięki temu pięknie pozowała. Wróciła Tosia, która poszła wcześniejszym tropem Figi i sprawdzała, co Figę zainteresowało na działce sąsiadów. Jak się znalazła na półce nie widziałam (dalej zajęta odśnieżaniem). Bolek poszedł poostrzyć pazurki, czym sprowokował Tosię wyraźnie już znudzoną sesją zdjęciową. Figa bez obawy mogła schrupać gnaty – były dwa. Kiedy robiłam zdjęcia Fidze, za moimi plecami rozegrała się jakaś mała sprzeczka, której tylko koniec udało mi się zarejestrować. Bolek zastanawiał się, co by tu jeszcze zaprezentować, aby zrekompensować Basi wcześniejsze nieudane sesje. Skarżyła się na niego w komentarzach, a on bardzo wrażliwy jest i teraz koniecznie chciał ją udobruchać. Wszedł na studnię i tu łańcuch łapką trącał, spacerował, na koniec usiadł zmęczony już bardzo. Tym razem Basia nie mogła nic kotu zarzucić – dał z siebie wszystko, a nawet więcej. Wróciłyśmy do domu, a Figa skierowała się prosto do lodówki - odnalezione w śniegu gnaty tylko apetytu jej narobiły. zdjęcie musiałam podświetlić, aby pokazać ozdobione czoło Figi |