Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
Kategorie: Wszystkie | na czasie | wspomnienia
RSS
piątek, 12 kwietnia 2013
Nieśmiała na gigancie.

Zabezpieczyłam moje ucho i poszłam do kotów, sprawdzić co z raną Bolka. Wzięłam wodę utlenioną, dobre nożyczki by kołtun zlepionej sierści wyciąć. Boluś poradził sobie sam - zdrapał kołtun i nawet rany większej nie zrobił. Łysa plama wyglądała czysto, infekcja nie wdała się, ale wodą na wszelki wypadek przemyłam - nie był zadowolony.

Na początku spaceru spotkaliśmy pieska. Koty najwyraźniej wiedzą co to jest smycz. Zeszły tylko nieco na bok i czekały aż przejdzie. 

Poszliśmy do kociaków. Przywitał nas Śmiałek. Wydał mi się nieco przybrudzony i markotny. Miauknął coś do Figi i podbiegł do Bolka.

Spotkałam opiekunkę kociąt i dowiedziałam się, że Nieśmiałej nie ma już drugi dzień. Czekałam na Tosię, ale nie przyszła.

Zawróciłam. Tosia czekała na rogu naszej alei. Najwyraźniej czekała na spacer w górę. Zawiodłam ją - powinnam siedzieć w domu, a nie spacerować. Tam wyżej wiało i nie mogłam bardziej się narażać.

Wracaliśmy do altanki. Z boku zobaczyłam kota na ścieżce. Wiedziałam, że to nie jest Nieśmiała, ale podeszłam sprawdzić, kto. Była to Łatka (ta bez ogona), która zwiała w stronę altanki, bo za mną szła Figa.

Na ławce za stolikiem siedział Buras - najstarszy syn Łatki. Pozwolił mi podejść blisko. Figa tylko powęszyła, poznała sąsiada i odbiegła.

Za mną na obcą działkę weszła Tosia.

Na widok Burasa zawróciła na aleję.

Bolek chyba też go widział, bo demonstracyjnie ulokował się na studni Danusi.

Nieśmiałej nie było pięć dni. Jak tylko się pojawiła, oba koty zostały internowane w altance. Umówiono zabieg u weta, a po sterylizacji zostały ulokowane w ciepłej piwnicy w bloku. Na działkę wróciły dopiero po zdjęciu szwów u Nieśmiałej.

Tagi: koty
09:21, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (19) »
czwartek, 11 kwietnia 2013
Inwazja?

Zadzwoniła Danusia, że widziała Bolka - ma zaczerwienione ucho i martwi się o niego. Uspokoiłam ją, że to dawna sprawa, ucho się goi. Miałam iść do lekarza (ucho i gardło bolały mnie bardziej po tych spacerkach), ale na działkę mam bliżej niż do przychodni, a to ucho Bolka było białe poprzedniego dnia. Moje zaczerwienione nie było, a Bolka tak, więc jego ważniejsze.

Tosię zastałam na dachu altanki - stała na czatach?

Na kompostowniku siedziała Plamka,

a Boluś w altance. Ucho nie było już zaczerwienione, ale obok ucha świeże ślady zadrapania i sierść na powierzchni 1cm2 zlepiona krwią. Boluś znowu stoczył walkę i to chyba krótko przed wizytą u Danusi, a może nawet w jej altance stawił czoła intruzowi. Boluś ostatnio często tam zagląda. Pewna jestem, że po to, by sprawdzić czy dziewczyny są bezpieczne. Owszem z uprzejmości zwykłej (bo on ma doskonałe maniery), poczęstunku nie odmówi, ale nie na wyżerkę tam chodzi, o nie. 

Na spacer poszedł chętnie, ale początkowo wolniej od Tosi, bo mocno się po drodze rozglądał na boki.

Spacer po dolnych działkach, bo w górze wiało, a mnie to ucho bolało, no i Bolusia pewnie też. Przed nami szedł piesek na smyczy i koty nieco zwolniły, mimo zapewnień Figi, że panuje nad sytuacją.

Piesek z opiekunem wyszedł za ogrodzenie i koty ruszyły do przodu - nawet Tośka.

Śmiałek podbiegł na spotkanie, ale smutny był jakiś. Nieśmiałej nie widziałam.

Szliśmy dalej, a Śmiałek za nami. Drogę przebiegł nam obcy kot - biały w czarne łaty. Figa nawet kawałek go pogoniła dla zasady, co upewniło mnie, że to żaden z naszych znajomych.

Śmiałek na widok obcego zawrócił i zwiał do siebie.

Tosia szła dzielnie, co na tej alei nie często jej się zdarza.

Postanowiłam wynagrodzić jej to poświęcenie i wydłużyć spacer. Skręciliśmy w bok. To była aleja równoległa do naszej i widać było dobrze co się dzieje na naszych działkach. U Danusi siedział wielki czarno-biały kot. Szliśmy dalej i kocur wypatrzył Bolka - ruszył w jego stronę.

Boluś też go zauważył i usiadł. Czarno-biały też usiadł. 

Bolek z godnością ruszył do przodu, czarno-biały, chyłkiem, jak szpieg za altankami równolegle do nas - może miał niecne zamiary, a może nieśmiały taki i skromny.

Boluś spokojnie przeszedł na następną działkę, a potem wyszedł na aleję. Figa pognała gdzieś do przodu z Tośką i zupełnie nie zdawały sobie sprawy z tego co dzieje się obok. Czarno-biały z brzuchem przy ziemi też tam wbiegł i czekał.

To nie w stylu Bolka - podchodzić do obcych, działka też obca, a właściwie Burasa, więc niech Buras gościa zabawia. Figa chyba też była tego zdania, albo obcego nie zauważyła, albo on już nie taki obcy (nie było mnie trzy tygodnie).

Doszliśmy do naszej alei. Boluś szedł zaraz za mną, Tosia zatrzymała się pod tują zostawić wiadomość. 

Nagle Figa pognała do przodu. Przy alei na działce Danusi zobaczyłam czarno-białego, który na widok pędzącej Figi zerwał się do ucieczki. Figa go jednak minęła i wpadła na naszą działkę. Tam zobaczyłam kota podobnego do Tosi, ale wielkiego, z długimi skarpetami na przednich łapach. Kot zwiewał, a Figa za nim - wróciła po paru minutach. Coś mi się zdaje, że był to ten "burak", który naszą altankę nawiedza i Bolka podrapał - już Figa wie kogo gonić.

W tym czasie czarno-biały uspokoił się i przysiadł za altanką Danusi. Tam Plamka, Malinka, Łatka, Bidula - atrakcyjne panny mieszkają. Tylko on nie wie, że nawet taki przystojniak nie zrobi już na nich wrażenia, no nie zupełnie, pewnie się go boją, a Piegusek raczej ich nie obroni.

Po tym spacerze wróciłam do leków i pod ciepłą kołdrę, bo następnego dnia musiałam zrobić coś z tym krwawym kołtunem na głowie Bolka i sprawdzić, czy nie ma infekcji.

 

Tagi: kot
08:28, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (18) »
środa, 10 kwietnia 2013
Stęskniona za kotami.

Przyjechałam do domu wieczorem, a od następnego dnia dopadła mnie jakaś infekcja. Przeleżałam tydzień w łóżku. Nie powinnam jeszcze wychodzić, ale za oknem zobaczyłam prawdziwie wiosenną pogodę. Poprzedniego dnia altankę zdemolowano, Bolusia zraniono i poturbowano (nie pozwalał dotknąć sobie plecków, ani głowy) - musiałam iść.

Pierwsze przywitały mnie Plamka i Malinka - korzystały właśnie ze słoneczka.

W altance czekał Boluś. Koło ucha miał ślady podrapania, ale już się goiły. Przy głaskaniu powarkiwał, czyli coś bolało. Tośki nie zastałam i nie doczekałam się. Poszliśmy jej szukać.

Wracała właśnie z górnych działek i spotkaliśmy ją u bokserki Bery.

Wymiauczała mi wszystkie żale, wypomniała że sama na spacery musiała chodzić, bez obstawy, a tu niebezpiecznie bardzo.

Poszliśmy w górę. Tam jednak wiało bardzo i z moim bolącym uchem wolałam nie ryzykować - do szczytu nie doszliśmy.

Skoro już wyszłam, musiałam zobaczyć co się dzieje u kociaków. Pierwszą spotkaliśmy Nieśmiałą.

Śmiałek przybiegł, ale też miał żal o długą przerwę. Nie robił mi wymówek, ale zupełnie mnie zignorował, co było chyba bardziej przykre.

Tosia szła z nami, więc dalej w dół i do siebie. Śmiałek nas nie odprowadził.

Następnego dnia wiosny już nie było - wracała zima. Poszłam sprawdzić, jak czuje się Boluś. Ucho miał już wygojone i dał się głaskać. Nie obeszło się bez małego spacerku po dolnych działkach. Śmiałek pojawił się natychmiast, ale znowu nie dał się pogłaskać - zawzięty i nadal obrażony.

Tosia i Nieśmiała prowadziły jakąś grę na spojrzenia, ale bez syków.

Szybko wróciliśmy do siebie.

Tagi: koty
09:22, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (22) »
wtorek, 09 kwietnia 2013
W domu Lusi.

Kotkę Lusię zastałam bardzo zapracowaną. Po wyprawieniu Zuzanki do przedszkola zajmowała się edukacją Poli, próbującej się przemieszczać, ale ciągle idącej tylko do tyłu. Lusia musiała się tym zająć.

Na widok kota Pola robiła ogromne oczy, uśmiech od ucha do ucha i próbowała go złapać. Tym sposobem, raczkowanie obrało właściwy kierunek i Pola została wyprowadzona z kojca (to akurat nie był najlepszy pomysł Lusi).  

I tak dzień po dniu wysiłki Lusi dały efekty - Pola raczkuje po całym salonie. 

Teraz Lusia obmyśla technikę postawienia Poli do pionu.

Przed dzieckiem można zwiać i w przerwie sprawdzić co za oknem.

W ogrodzie przed domem dalej przechadza się kotka sąsiadów Maleństwo.

Lusia nawet już się z tym pogodziła, ale pilnuje by kotka nie wskakiwała na taras.

Lusia dostała pierwszej rujki. Zuzanka bardzo się martwiła stanem swojej pupilki.



Na święta Lusia została sama w domu (pod opieką dochodzącej tamtejszej babci). Nie marnowała czasu i robiła porządki w szafie. Zdaniem Lusi, to nie jest dobre miejsce dla skarpetek, one powinny leżeć w salonie - zawsze pod ręką. 



Samotność bardzo dała się Lusi we znaki. Zrobiła wszystko co miała zaplanowane - przeniosła wszystkie skarpety do salonu i tęskniła bardzo. Po powrocie opiekunów należała jej się duża porcja pieszczot.

Pancio kupił nową kawę Mexikana - oczywiście ziarnistą. W trakcie mielenia Lusia była strasznie podniecona i nikt nie wiedział o co chodzi. Kiedy Kamila przesypała kawę do pojemnika, za pomocą lejka zrobionego z plastikowej podkładki, Lusia zaczęła szaleć. Miauczała, mgryczała, tarzała na podkładce... jednym słowem zachowywała się delikatnie mówiąc bardzo niestosownie.

Od czasu do czasu Lusia wychodzi na spacer - oczywiście śladami Maleństwa i innych kotów z sąsiedztwa.



Tagi: kot
09:08, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Następnego dnia wyjechałam.

Ten wpis przygotowałam jeszcze przed wyjazdem, ale zauroczona moimi wnuczkami, zupełnie zapomniałam go opublikować. Skoro fotki i filmiki już wstawione, więc niech tak zostanie, tym bardziej, że są bardzo aktualne. W zasadzie tak samo wyglądały nasze spacery po moim powrocie, kiedy nie było nas na blogu.

Nie było nas, bo zaraz po powrocie zachorowałam, tak że nawet do kotów nie poszłam. Z łóżka wyciągnęła mnie informacja, że Boluś ucho ma pokrwawione i obolały cały - inny kot. Pewnie te trzy wyjścia w czasie choroby przyczyniły się do tego, że do zdrowia dochodziłam prawie trzy tygodnie. 

 

To miał być długi spacer, bo przed rozstaniem. Śnieg głęboki, szło się ciężko, ale dzielnie szliśmy w górę.

Tosia jak zwykle, tam gdzie się dało, unikała kontaktu ze śniegiem.

Z daleka słychać było bażanty. Spacerowały na szczycie - trzy. W ich stronę, aleją skradał się wielki kot.

Kot spłoszył dwa bażanty, a Figa kota. Trzeci bażant odleciał kiedy dochodziłyśmy do szczytu. 

 

Czekałyśmy z Figą na zakręcie, ale ani Boluś ani Tosia nie doszły. Pewnie tych bażantów się wystraszyły - ich godowe nawoływania były bardzo głośne.

Z długiego spaceru trzeba było zrezygnować. Figa zadowolona nie była.  

Okazało się jednak, ze Bolek na szczyt dotarł. Przemykał ostrożnie, ukrywając się przed ptakami koło altanek. Tosi jednak nie było.

Po chwili poznałam przyczynę. W dole, aleją biegł wielki, obcy kot. Może to Buras był, w każdym razie Tosia ukryła się przy altance i tam czekała na nasz powrót.

 



Po spacerze koty napiły się wody, która zbiera się nad studzienką. Tam pod ziemią płynie strumyk i długo trzeba czekać, by śnieg zakrył pokrywę, na której zbiera się woda.

Wróciliśmy do siebie, a ja jeszcze zerknęłam na działkę Danusi. Pod krzakiem siedziała Plamka.

Naszą altankę nawiedza ostatnio jakiś obcy kot - całkiem obcy, bo burak straszny. Bolka podrapał do krwi, altankę zdemolował dwa razy, a co najgorsze trzy razy kupę nawalił. Nigdy wcześniej coś podobnego nie miało miejsca, więc to nie moje koty, ani Danusi, ani Buras i nie Łatka. Bolek dzielnie broni terytorium wspomagany przez Tosię i nie dają się obcemu. Widziałam go oddalającego się od naszej altanki raz jeden. Podobny do Tosi, ale dużo większy.

 

Ps.

Przepraszam wszystkich, że nie odpowiedziałam na ostatnie komentarze, ale jednym z objawów mojej choroby, był wstręt do komputera. 

Serdeczne dzięki za życzenia świąteczne. Wszystkim czytelnikom, życzę szybkiej, ciepłej, słonecznej wiosny.

 

Ps.

Klubie kota Jasna8 trafiłam na taki apel



Tagi: kot
09:24, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (26) »
sobota, 23 lutego 2013
Leya i wędka.

 

Na Dzień Kota, Leya dostała wędkę. Wniosłam ją do pokoju, kiedy księżniczka wypoczywała na drapaku.

kot

To był moment i kota już do wieczora nie widziałam - siedziała w wersalce. 

Zostawiłam wędkę na podłodze by miała czas na jej zbadanie (czy bezpieczna w zabawie, bo może chińska jakaś...), oswojenie się z zapachami (a było ich wiele) i dźwiękiem dzwoneczka. Wszystko przez ten dzwoneczek, drażni delikatne uszy. Wieczorem Leya wyszła i okazała zainteresowanie zabawką, ale euforii nie było. Wyglądało na to, że bawi się tylko ze względu na ludzi, by im przykrości nie sprawiać nietrafionym prezentem



Poszliśmy spać. Koło trzeciej nad ranem zaczęło się - dzwoneczek pobrzękiwał, patyczek stukał o podłogę, kot śpiewał z zadowoleniem, a Figa warczała. Figa nie znosi dzwonków. Dzwonek rowerowy, usłyszany nawet w telewizorze doprowadza ją do furii. Ten był delikatniejszy i Figa tylko warczała, ale nie wytrzymałam i musiałam interweniować.

Rano Leya znalazła wędkę i czekała na zabawę - tym razem bardziej entuzjastycznie.

Tagi: kot wędka
21:28, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (21) »
piątek, 22 lutego 2013
Konkursu nie będzie.

Boluś, jak przystało na gościnnego gospodarza, przywitał nas przed progiem działki.

Miał do zakomunikowania bardzo ważną wiadomość - konkursu na najpiękniejszego bałwana nie będzie. Tośka obleciała całe działki, rozeznanie zrobiła, prognozy pogody prześledziła... Idzie odwilż, śnieg mokry i nic zrobić się nie da niestety - Bolek był niepocieszony.



Tosi nie zastałam - dalej w sprawie tego konkursu biegała, ale przyszła po drugim dzwonku.

Poszliśmy na spacer.  Tosia przysiadła na płocie, bo śnieg mokry

Nieśmiała siedziała na ławce pod altanką

a Śmiałek znowu wylewny, ale nieco rozżalony.

Miział się do mnie, na kolana wpakował, tak że na ręce nawet go wzięłam. Pogoda przerwała prace przy lepieniu bałwanów, a tak miało być ładnie. Pilnował tego co zostało, bo może oziębi się i dokończą dzieło, nieco już przez jakieś koty, albo psa sprofanowane. Podejrzewał nawet Bolka, że to on może jest winien, na co Bolek śmiertelnie się obraził i nawet z nim gadać nie chciał. Poszedł do Nieśmiałej, ale i tam nie został mile przyjęty - jak mogli? Zawrócił i w stronę Tosi się skierował. Śmiałek biegł za nim, przepraszając, że on wcale tak nie myślał, że przeprasza...



Tosia czekała tam, gdzie ją zostawiliśmy. Boluś ciągle o tym konkursie myślał i na dach altany wszedł rozejrzeć się - może zmiana pogody idzie.



Szliśmy aleją równoległą do naszej. Byliśmy na wysokości naszej działki

Spojrzałam w stronę naszych  kompostowników

Obok budki dla bezdomnych, na kompostowniku Danusi siedział kot (Łatka, albo Buras).


Trochę czasu koty spędziły w iglakach koło biurowca i wreszcie wróciliśmy do siebie. Tego dnia koty dostały kurczaka zalanego ciepłym rosołem - Tośka była w siódmym niebie, a Bolek zły. On pierzastych nie jada, jak mogłam zapomnieć. Wypił tylko rosół. Musiałam otworzyć mu puszkę, a jego porcję zaniosłam bezdomnym.

Kiedy odchodziłam, Bolek jeszcze jadł

PS.

Przed spacerem rozmawiałam z mężem Danusi. Rano Bolek, jak nigdy wszedł do ich altanki, dał się pogłaskać, rozstawił koty po kątach i zjadł ich jedzenie (był po śniadaniu). Skąd on wiedział, że na drugi posiłek będzie kurczak i jak mógł pomyśleć, że nie dam mu czegoś, co on lubi?

Tagi: koty
17:56, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 lutego 2013
Czas na śnieżne bałwany.

Usłyszały, że ktoś za nimi idzie i musiały sprawdzić kto.

Przychylny im działkowicz, więc spokojnie mogły iść dalej.

A co tam, niech się Tosia denerwuje, poszliśmy do Śmiałka. Została na narożnej działce i czekała na nasz powrót.

Pewna byłam, że Śmiałek już tam czeka stęskniony i oczka wypatruje za nami. 

Śmiałek czeka

Myliłam się. Nie wypatrywał nas, miał inne zajęcie i chyba tym razem nie ucieszył się z naszej wizyty. Śnieg był mokry, lepki, doskonały do budowy. Śmiałek (pewnie z pomocą Nieśmiałej) lepił bałwany. Prace były już mocno zaawansowane, prawie ukończony jeden. Koty buszowały właśnie gdzieś po zaklętej działce szukając zapewne odpowiednich bałwanich atrybutów (marchewka, węgielki...). Tym razem Śmiałek wylewny nie był. Cały czas nas obserwował i pilnował byśmy jego ciężkiej pracy nie zniszczyli. 

Bolek na widok śnieżnych form zatrzymał się, czas jakiś zastanawiał i na wszelki wypadek pazury naostrzył. Obwąchał wszystko i śpiesznie ruszył w drogę powrotną.



Nie wystraszył się, to jasne. Nie takie bałwany on widział, a kiedyś nawet miał na działce. Biegł do Tosi, by zaproponować jej wspólną zabawę. Też zbudują bałwana. Figa im pomoże, Plamka i Malinka, może nawet ten nygus Piegus wysili się trochę. Ogłoszą konkurs na najpiękniejszego bałwana, to będzie impreza. Tosia będzie miała wyłączność na sprawozdania i kontakt z mediami.

Wołał ją z alei

Tosia tak się przejęła pomysłem Bolka, że biegiem w stronę działki podążyła. Nawet nie myślała już o spacerze, tylko o organizacji konkursu, reklamie... Od razu mieli się do tego zabrać, więc po wejsciu na działkę długo pazurki ostrzyła i mięśnie rozciągała na konarze.



Boluś czekał na otwarcie altanki i kolację - przed taką pracą trzeba się dobrze posilić.

 

Tagi: koty
18:42, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (8) »
środa, 20 lutego 2013
Gdzie one trzymają zegarki.

Faktem jest, że do kotów wychodzę zawsze o tej samej porze, ale nie godzinie. Trzymam się czasu, przed zachodem słońca - to wytyczne Tosi. Ona bez względu na porę roku, sama na działkę przychodzi o odpowiednim czasie przed zachodem. Wszystko ma wyliczone - spacer, kolacja, toaleta i słońce zachodzi. Tym sposobem, teraz idę coraz później. Tosia o tym wie, ale skąd wiedzą inne, te obce?

Weszłam przez bramę, a w naszym kierunku już maszerował Buras. Zatrzymał się widząc Figę i skręcił w bok, tak ze widziałam jego dorodny ogon - ciągle tylko po ogonie odróżniam go od Łatki.

Buras skradał się dalej (widziałam go), a my poszłyśmy do siebie.

Bolek wyszedł na spotkanie, a Tosia siedziała w altance (dalej tam śpi).


Na działce Danusi czekała już Bidula w swoim stałym miejscu - pora posiłku. Ona nie wchodzi do altanki, je osobno, na dworze. Miauczy przy tym i opowiada coś, ale boi się wejść do zamkniętego pomieszczenia - sąsiedzi to szanują i wynoszą jej jedzenie na zewnątrz. 

Zostawiłam połowę zwykłej porcji na kompostowniku i poszliśmy na spacer. Po ostatnich przeżyciach, koty szły bez namawiania, a kiedy skręciłam w stronę kociąt, Tośka nie wnosiła sprzeciwu, więcej - szła przed Bolkiem. Skręciła nawet w aleję, ale przed zaklętą działką pobiegła w bok i tam już została. Patrzeć pewnie nie może, jak spoufalam się z młodzieżą. Śmiałek się przywitał, jak zwykle wylewnie. Nieśmiała podbiegła do furtki, ale nie dała się pogłaskać. Zawróciliśmy planując spacer w gorę - dla Tosi, która cierpliwie czekała. 

Wybiegła zadowolona i pędem przed siebie. Niestety, dalej spacerował pan z terierem. Pierwszy raz ich widziałam i oni pewnie pierwszy raz tu przyszli. Szli w tym samym kierunku, który my planowaliśmy, ale zatrzymali się i zawrócili w naszą stronę. Po chwili znowu stanęli i ruszyli z powrotem - najwyraźniej pies dyktował trasę. Terierek był na smyczy, ale przed laty też pewien pan spacerował po działkach z dwoma terierami, też na smyczach, ale na widok kota puszczał je wolno. Zagryzły kotkę Miśkę na parę dni przed porodem. Wolałam nie ryzykować, bo terierkowi nie ufałam, a on tam najwyraźniej rządził.

Wróciliśmy do siebie i Tosia chyba wcale się nie gniewała, bo obcego psa też widziała. Z alei spojrzałam w stronę naszego kompostownika. Siedział tam kot. 



Pewna byłam, że to Buras.

Kiedy weszliśmy na działkę, kot zwiał - był bez ogona, więc tym razem Łatka. Widać spóźniła się na kolację u Danusi (jada tam legalnie) i przyszła do mnie na kuroniówkę, ale uprzedził ją Buras. Oczywiście wyniosłam jej jedzenie i szybko się oddaliłam. 

Tagi: koty
18:48, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (13) »
wtorek, 19 lutego 2013
Nie dam go w nic wrobić.

Śnieg dalej sypał, jak by go jeszcze mało było. Mokre, wielkie płatki przyklejały się do ubrania i twarzy - to nie była pogoda na spacer. Dałam im jeść i trochę odśnieżyłam przejścia. Zaniosłam suche na kompostownik, bo wczorajsze zniknęło do ostatniego okrucha, a miska po mokrym wylizana była do czysta - nie to co w altance, gdzie zawsze coś zostawią. Boluś siedział na parapecie i wyglądał przez okno, a Tośka wybiegła na dwór z ogonem w górze, gotowa do spaceru. Zadowolona nie byłam, ale poprzedniego dnia Tosia nie spacerowała z nami, więc winna jej to byłam. Poszłyśmy przekonane, że Bolek dogoni nas przy końcu alei, co często robi. Pokazuje nam jaki to on wysportowany i szybki - fory nam daje, a potem dogania - bo czekamy, ale nich mu będzie. Czekałyśmy, nawet go wołałam, ale nie pokazał się na alei. 

Skoro spacer tylko z Tosią, to oczywiście tam gdzie ona sobie życzy, znaczy się w górę. Niestety szło się ciężko, mimo że drogę torowała Tosia z Figą. Zawróciłam w połowie alei - Tosia nie wnosiła sprzeciwu, a Fidze tylko na śnieżnych kąpielach zależało.

Weszłyśmy w naszą aleję, a tam na przeciwko wejścia na działkę Danusi siedział Boluś i mył się. Już do niego dochodziłam, kiedy obejrzałam się za Tosią. Bolek z alei zniknął, co nie zdziwiło mnie wcale, bo on zawsze przez działkę Danusi wchodzi, by potem bokiem wejść na naszą i przy ścieżce, między iglakami zaczaić się na wchodzących. Zwykle napada na Tosię, albo Figę, co na nich już żadnego wrażenia nie robi, ale Bolek zadowolony z psoty biegnie pod altankę i czeka pod drzwiami. 

Tym razem nie czaił się, pod altanką nie stał, a Tośka która zwykle czeka na studni aż drzwi otworzę, siedziała w kocim wiatrołapie.



Otworzyłam drzwi i obejrzałam w stronę działki. Zmroziło mnie - Bolek siedział przed pergolą zakrwawiony. Wcześniej widziałam jego lewy bok (czysty), a teraz prawy w krwawych plamach.

zakrwawiony kot Bolek

biały kot

Szybko wniosłam go do altanki. Dokładnie obejrzałam i okazało się, że krew jest tylko na wierzchu futerka. Nie był ranny - ulżyło mi.

Próbowałam umyć go śniegiem, ale zrezygnowałam by futerka nie przemoczyć i Bolusia nie przeziębić. Co się dało wytarłam ręcznikiem. U góry łapę miał albo tak mocno wylizaną, albo otarł się o coś, bo mokra była do skóry.

Zupełnie nie pomyślałam o tym, by zrobić zdjęcie pięknego, czystego pyszczka, na dowód że nikogo nie zamordował. Wiadomo, że mordkę najtrudniej umyć. Po zjedzeniu myszy, to on czasem dwa dni ślady udanego polowania na nosie nosi.

Boluś pyszczek miał czysty, więc nikogo nie zagryzł. Jednak o śmierć się otarł - pewnie z pierwszą pomocą spieszył, ratownik kochany. Jaką on traumę musiał przeżyć, ile nerwów, a może nawet świadkiem był zbrodni, może sam ledwo z życiem uszedł... aż ciarki przechodzą.

Dokładnie obejrzałam okolicę. Wszędzie czysty śnieg. Jakieś tropy prowadziły do gołębiarza i na działkę Danusi, ale krwi nigdzie nie było, a jestem dalekowidzem, więc bym wypatrzyła. Spacer nie trwał aż tak długo, by ślady krwawe zasypać. Zresztą, śladów krwawych nie mógł zostawić, bo nie krwawił. 

Następnego dnia Boluś był czyściutki i zdrowy. Pytałam męża Danusi czy natrafił na jakieś ślady zbrodni, albo rozlanej czerwonej farby - nie natrafił. Nie spotkałam gołębiarza (sympatyczny), a może to u niego za altanką coś się wydarzyło. Wolę jednak nie pytać - Boluś niczemu winny nie jest, a nawet sam poszkodowany - lepiej nikomu nie mówić, że był na miejscu zbrodni, bo jeszcze go w coś wrobią... 

Tagi: koty zbrodnia
15:20, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (15) »
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30