Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
Kategorie: Wszystkie | na czasie | wspomnienia
RSS
czwartek, 13 grudnia 2012
W odwiedzinach.

Ruszyliśmy w drogę. Jak zwykle prowadziła Tosia - po krawężniku oczywiście. Na rogu przysiadła.

Boluś poprosił by mu drogi ustąpiła,

ale nie mogła, bo łapkę musiała umyć.

Ominął ją wielkim łukiem i poszedł w rzepak.

Ledwo Bolek ją wyminął, już łapki myć nie musiała i pognała na studnię.

Pod altanką znowu Bidula leżała. 

Tym razem nie zaniosłam jej jedzenia - niech przyjdzie na kompostownik.

Potem Danusia mi przekazała, że zaniosła jej tam jedzenie, a ona od razu z miauczeniem podeszła i zjadła. Bidula kojarzy Danusię z karmieniem jej i jej dzieci, więc ma większe zaufanie. Mnie kojarzy z trzymaniem jej w kontenerze po zabiegu, no i z Figą. Jedzenie w mojej altance jest pewnie od Bolka, a ja nic z tym wspólnego nie mam. 

Poszliśmy w gorę.

Koty ganiały, bo zimno.

Doszliśmy do działki ze zrujnowaną altanką. Z daleka zobaczyłam, że jest tam kot. Bolek i Tosia też go wypatrzyły. Tosia nawet miała zamiar się przywitać, ale tylko na zamiarze się skończyło. Boluś jeszcze gorzej, nie bardzo wiedział , jak Tośka tam wskoczyła i zrezygnował. Przyszedł do Figi i chyba głupio mu było, że nie umiał wskoczyć, więc powiedział jej, że jemu nie wypada - nowy kot powinien przyjść do niego i przedstawić się.



Kiedy wracaliśmy, Bidula nadal leżała w tym samym miejscu.

Po drodze wypatrzyłam Plamkę.

Kiedy weszłyśmy na naszą działkę, Plamka była już koło swojej altanki. Figa tylko upewniła się, czy to nie jest obcy kot.

 

Ps.

Teraz lecę z Leyą na pobranie krwi, bo schudła bardzo. Wczoraj Figa zatruła się i byliśmy u weta, ale już jest lepiej.

Wieczorem nadrobię wczorajsze i dzisiejsze zaległości na zaprzyjaźnionych blogach.

Tagi: koty
09:06, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 grudnia 2012
Szperanie w ruinach.

Zadzwoniłam po Tosię. Bolek pazurki naostrzył,

a potem prosto do sąsiadów. Dziwne mi się to wydało, więc weszłam zobaczyć czy coś się stało. W budce na kompostowniku siedziała Plamka, sama.

Boluś poszedł sprawdzić, czy coś lub ktoś blokuje jej wejście na zabudowany taras. Nic chyba nie wypatrzył, bo odszedł normalnym, spokojnym krokiem. 

Tosia właśnie nadchodziła - znowu zmieniła trasę. Tym razem się pospieszyła i miała pewność, że spacer jej nie minie.

Po chwili zaczaiła się na Bolka i już myślałam, że go napadnie, a ona nagle skręciła w bok i pognała do ogrodzenia.

Wyskoczyła przez dziurę w płocie i pospacerowała sobie po zaśnieżonej łące. 

W stałym miejscu leżała Bidula. Miałam przy sobie garść chrupek, bo planowałam odwiedziny u Śmiałka. Pojemniczek, który ostatnio tam zostawiłam pod krzakiem, nadal leżał dobrze obłożony ziemią. Nasypałam jej chrupek i odeszłam.

Noszenie jedzenia w tamto miejsce nie jest chyba dobrym pomysłem. Bidula dobrze zna moją działkę i wie, że zawsze tam coś znajdzie. Powinna przyjść i zająć jedną z sypialni, a nie na tym wydmuchowie kulić się. Spotykam ją co drugi dzień, więc nie leży tam chora jakaś, tylko z głupoty chyba, co u kota nader dziwne, bo koty to mądre stworzenia.

Poszliśmy w górę działek. Tosia co chwilę czaiła się i gotowała do napaści na Bolka, ale w ostatniej chwili rezygnowała, albo Boluś okazywał się szybszy. Ważne było, że Bolko nieco się rozruszał. Po kolejnej nieudanej napaści ze strony Tosi, pobiegł w stronę tej niedokończonej, a już zrujnowanej altanki. Weszłam za nimi, bo nic tam zadeptać nie można, więc odważyłam się (nie pierwszy raz). Czego one tam szukają, pojęcia nie mam, może bezdomnych, by pomoc im nieść i przed zamarznięciem nocą uchronić - to dobre koty.

Droga powrotna, były to kolejne gonitwy. Z daleka widziałam biegnącą za altanki Bidulę - wygląda na zdrową i sprawną.

Na kolację dostały ciepły rosół, którym zalałam puszkę - smakowało.



Poszłam jeszcze zostawić jedzenie na kompostowniku, bo może Bidula właśnie tu biegła. W budce siedziała Plamka. 

18:57, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Gdzie jest Bolek?

Zasypało wszystko. Zadzwoniłam na Tosię. Boluś nawet chciał wyjść jej naprzeciw.

Ścieżka zasypana, mokro - zawrócił.

Mijając mnie, miauknął coś o zaskoczonych w grudniu drogowcach - stara śpiewka.

Chyba miał zamiar wracać do altanki,

ale rozmyślił się.

Zastanawiał się przez moment 

i zdecydował, że da mi czas na rehabilitację.

Nie będzie mi jednak torował drogi - ma być zupełnie odwrotnie,

poszedł sprawdzić warunki w jadłodajni na kompostowniku. Tam właśnie lustrację przeprowadzały Malinka

i Plamka. Bolek nie mjusiał wtrącać swoich trzech groszy, jednak opinie na temat personelu wymienili.

Kiedy koty się naradzały, szybko odśnieżyłam ścieżki, bo jeszcze wypowiedzenie dostanę i na zimę zostanę bez uczciwego zajęcia. Boluś tymczasem poszedł sprawdzić warunki drogowe u Danusi.

Przybiegł do mnie na aleję, wbiegł na działkę... i straciłam go z oczu.

Gdzie jest Bolek? kto go wypatrzy? (Odpowiedź na końcu postu)

 

***

Lusia widocznie potrzebuje dodatkowych witamin. Witaminkę D+K dla Poli, Personel musi chować od dawna, bo kradnie każdą kapsułkę i zjada ze smakiem. Ale to, że musi chować syrop wzmacniający dla Zuzi (Rutinacea, na bazie naturalnych owoców z dodatkiem witamin) dowiedział się dzisiaj. Syrop czekał przygotowany w kubeczku na blacie, ale wypił go z apetytem kot, a nie Zuzia. 



Zdążono na szczęście odebrać jej  zanim wypiła cały - zdrowy dla dzieci, ale dla kotów???

Oj ciężka zima idzie skoro kot potrzebuje takiego wzmocnienia.

 

Ps.

Tu jest Bolek.

Tagi: bolek kot
17:48, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (12) »
niedziela, 09 grudnia 2012
Artystyczna dusza.

W domu Lusi już ubrano choinkę, a co tam, w przedszkolu Zuzanki też już jest ubrana. Oczywiście nie mogło się obyć bez pomocy artystek. Po zajęciach plastycznych z Zuzanką, Lusia poczuła w sobie artystyczną duszę. Na czym, jak na czym, ale na choinkach to Lusia zna się doskonale. To przecież na świerku ją znaleziono i siłą zdjęto - tak lubi te iglaki. Pomyślała nawet, że ta bez zapachu, w domu, to specjalnie na jej cześć - pewnie ludzie mają taki miły zwyczaj. Ładny, pomyślała sobie z wdzięcznością, ale... Jeżeli to jej iglak (bo niby czyj?), to ona musi zdecydować o tym, jak będzie przyozdobiony (skoro już musi).

Nie miała nic przeciwko lampkom i bombkom. Nawet fajne, turlają się po podłodze - będzie sobie po kolei ściągać z iglaka. Nie mogła jednak pozwolić, by drzewko skuto w łańcuch, nawet czerwony i miękki. Choinka musi być wolna, to nie niewolnica jakaś.

Jako ozdoba, nie nadawał się, ale do zabawy doskonale.

Lusia z pomocą Zuzanki zabawiała się nim tak długo, aż go zupełnie unicestwiły. 

Teraz miała pewność, że drzewko nie zostanie spętane.

Na wszelki wypadek choinkę przywiązano do karnisza - dla większej stabilności.

Razem z fotkami dostałam krótką wiadomość:

"Cały wieczór kota buszowała w choince - ćwiczyła skoki z choinki na kolumnę lub szafkę, sprawdzała czy aby bombki na pewno się dobrze trzymają, a część próbowała przewiesić, bo stwierdziła że to nie to miejsce... Generalnie hałasu narobiła, a przy tym chyba urojenia jakieś miała, że niby w prawdziwnej choince siedzi na dworze, bo strasznie jej bojowość wzrosła..."

 

***

Czekaliśmy na Tosię. Bolek chciał napić się wody, ale zamarzła nawet w dużej wannie. Na szczęście lód nie był gruby i bez problemu rozbiłam. Czyli zaczął się sezon noszenia ciepłego picia. Im zimniej, tym więcej koty piją. 

 



Drugi problem, to zamarznięta ziemia i szukanie miejsca do wykopania dołka.

Boluś logicznie rozumował, że skoro ognisko, to ciepła ziemia,

ale mylił się, ognisko już dawno zgasło. 

Skręciliśmy we wcześniejszą aleję, by "przeciąć" drogę Tosi. Boluś nagle przeskoczył przez ogrodzenie i pobiegł do oczka wodnego.

Niemal w tym samym momencie pojawiła się tam Tosia.

Nie czekałyśmy na Bolka tylko prosto w kierunku naszej działki, ale tą aleją. Tosia oczywiście musiała zostawić wiadomość.

Bolek szybko nas dogonił, ale szedł działkami.

Tosia pełna obawy obserwowała go, kiedy wkraczał na działkę gołębiarza i to takiego kotom przeciwnego.

Na szczęście na działce nikogo nie było.

Tosia mogła spokojnie iść dalej - aleją oczywiście,

a Bolek na skróty, działkami.

Nieco naburmuszona szła, bo właściwie to ona na spacerze nie była.

Tagi: koty
18:05, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (14) »
sobota, 08 grudnia 2012
I co o tych kotach myśleć.

W poprzedniej notce wspomniałam, że ostatnio nie widuję Bandy Trojga (Plamki, Malinki i Pieguska), bo wolą w zaciszu zabudowanego tarasu siedzieć, a nie na otwartej przestrzeni. Nawet lustrowanie jadłodajni na kompostowniku odpuściły. Ostatnio, każdego ranka z tego ich zabudowanego tarasu uciekał w wielkim popłochu, wielki, obcy kot - bury z białymi skarpetkami. Ani razu nie udało się zobaczyć jego pyszczka i czort wie, co za jeden - może Buras, może ktoś całkiem nowy. Winny czy nie, został posądzony i obwiniony o straszną  w ostatnich dniach, płochliwość całej trójki i strach przed wychodzeniem na dwór. Nawet otwór zmniejszono tak by on wchodzić tam nie mógł. 

Krzywda mu się nie stanie, bo na kompostowniku jadłodajnia została przerobiona. Teraz jest to domek okryty kocami i folią, z podłogą ze styropianu. Głęboki, więc zaciszny - lepszy od siedzenia w dużej przestrzeni jaką jest zabudowany taras. Jest jeszcze drugie przytulne legowisko pod daszkiem przy budce narzędziowej.

Wracamy do tematu. Cała trójka już zabezpieczona przed nieproszonym gościem i być może awanturnikiem, może spokojnie siedzieć u siebie nie obawiając się intruza. Wychodzić tylko na sikanie i wracać, bo jedzenie to im pod nos stawiają trzy razy dziennie.

Tymczasem...z uwagi na niespodziewaną i błyskawiczną akcję brak zdjęć, ale uwierzcie, że tak było.

Figa stanęła w bojowej postawie przed kocim wyjściem (przy naszej altance). Często tak jest, więc uwagi już nie zwracam. To znak, że był ktoś obcy, ale pewnie, jak zwykle zdążył zwiać przed naszym przyjściem. Otwieram drzwi do altanki, a z kociego wyjścia wypadają koty - dwa. Który pierwszy nie wiem. Obrazek był taki: Buras w skarpetkach uciekał ile sił w łapach, za nim gnała Figa, a na karku Figi, wczepiona pazurami w kudły Plamka. Pognały za pergolę... Figa wróciła sama, bez amazonki na karku. No i teraz to ja już nie wiem, co o tym myśleć. Czy Buras faktycznie był intruzem i nieproszonym gościem? Bo mi to wygląda na schadzkę Plamki z Burasem w skarpetkach. Nie mogła go gościć u siebie, więc Boluś, litościwa dusza zaprosił ich pod swój dach.

Było wyjątkowo zimno bo wiał wiatr przy dużej wilgotności powietrza. Nawet zdjęcia wyszły marne (jak zawsze przy takiej wilgoci).  Mieliśmy iść w górę.

Bolek oczywiście zajrzał na zagon rzepaku - myszy nie było.

Dawno już nie chodziłam do kociąt i o Czarusiu ciągle myślę, więc skręciłam w ich stronę. Jeszcze przy naszej alei zobaczyłam Bidulę. W taką pogodę, tylko tą altaną od wiatru osłonięta... strasznie mi jej szkoda było.

Pomyślałam nawet, że może jest chora, ale ona zawsze w takich głupich miejscach leży. Figa przyglądała jej się stojąc przy krawężniku, ale Bidula nie zmieniła nawet pozycji. 

Szybko poszłam dalej. Tosia oczywiście została przed zakrętem - nadal nie wchodzi w tę aleję. Na nasze spotkanie wybiegł Śmiałek. Widziałam rower pani Ali, więc wiedziałam, że koty już nakarmione i nie o poczęstunek mu chodzi. Pani Ala przekonana jest, że Czarusia zabrał ktoś do domu, bo on czasem głaskać się pozwalał. Też jestem o tym przekonana - niech mu się tam dobrze wiedzie.

Chwilę pogadałam i wracałam, bo Tosia czekała na spacerek. Śmiałek poszedł za nami. Bolek starał mu się to z głowy wybić, ale mały uparł się. Wystraszony przez Tośkę pobiegł w równoległą aleję aleję. Bidula nadal leżała w tym samym miejscu.



Zrezygnowałam ze spaceru - Tosia musiała mi wybaczyć. Szybko poszliśmy do siebie, wydałam kotom kolację i z miską suchej karmy wróciłam do Biduli. Obserwowała mnie kiedy grzechocząc chrupkami, stawiałam je pod krzakiem przy krawężniku. Dobrze obłożyłam grudami ziemi by wiatr nie przewrócił i tak ją zostawiłam. Następnego dnia sprawdziłam - pojemnik był pusty. Mam nadzieję, że to ona. Swoją drogą durna z niej kotka, albo aż tak płochliwa. Zna nasze działki, gdzie czekają dwa przytulne domki, a leży w takim miejscu. 


***

A tu wieści z Mazowsza.

Zuzanka jest przeziębiona i nie chodzi do przedszkola. Czas spędza z Lusią i zajmują się malarstwem.



 

Tagi: kot koty
19:04, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (6) »
piątek, 07 grudnia 2012
Krótki spacerek.

Zaczęło się normalnie - Tosia pobiegła do przodu, schowała za tują i czekała na Bolka.

Zupełnie zapomniała, że on ostatnio najpierw idzie nasłuchiwać, co w rzepaku piszczy, a właściwie, czy coś tam się rusza. Potem nie wraca na aleję, tylko działką idzie, a czasem na skróty za altankami.

Nie doczekała się i zorientowała, że Bolka już nie ma. Pobiegła na tę zakrytą studnię. To bardzo interesujące miejsce zdaniem kotów. Nie wiem czy atrakcją jest walący się płotek, czy tajemnicza studnia pod deskami, ale tego miejsca nigdy sobie nie odpuszczają. Tutaj też nic nie wyszło z zasadzki. 

Tosia musiała rozładować napięcie, więc pobiegła na drzewo. Boluś pomyślał sobie, że nie jest gorszy i zrobił to samo, ale na innym już drzewie. To chyba z góry wypatrzył bażanta, bo zbiegł i pognał za altankę. Po chwili, z wielkim krzykiem wyfrunął bażant i przeleciał na łąkę za ogrodzenie. 



Tosia uciekła wystraszona.

Figa zastanawiała się, co to było.

Bażant nie wrócił, a ja zmarzłam w ręce i zarządziłam powrót.

Zimno okropne i sąsiedzi zrezygnowali z pracy w opiece społecznej. Nie sprawdzają już, czy na kompostowniku jest coś dla bezdomnych. Już od paru dni nie widzę żadnego z Bandy Trojga.  Tym razem Tosia pobiegła na kompostownik, sprawdzić, co podano bezdomnym.

Tagi: koty
18:01, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (15) »
czwartek, 06 grudnia 2012
Tajemnica.

Śniegu niewiele, ale mróz ścisnął ziemię. Koty szukają miejsca, gdzie można dołek wykopać, a potem kulturalnie go zagrzebać, chociaż niektórzy uważają, że to dowód wredności kotów. Naradzały się więc, gdzie by to można jeszcze zrobić, pazurków przy tym nie łamiąc.

Do tej pory najlepiej nadawały się do tego świeżo skopane zagony. Teraz nawet chodzić po nich trudno, bo grudy zamarzły. Kiedy idą, wygląda to tak, jakby koty kulawe były. Dołki można kopać pod tymi iglakami i robią to, aż się boję, co będzie, kiedy właściciel się zorientuje.

Poszliśmy w górę. 

Po paru metrach Tosia spojrzała na mnie wymownie.

Na szczyt kawałek drogi, a tu wiatr i w łapki zimno.

Wiadomo co zrobiła - niosłam ją aż do płotku. 

Tam zaczekałyśmy na Bolka, który poszedł w głąb działek.

Szedł powoli, nie spieszył się. Mamy czas, a następne dni mogą być mroźniejsze, albo deszczowe i nici ze spaceru.

Dalej biegiem, by naostrzyć pazurki o siatki osłaniające hortensje. Już miały to zrobić, kiedy zauważyły na alei człowieka - może właściciel i będzie draka. Tośka zwiała, a Boluś udawał, że tylko tak sobie odpoczywa. Poszliśmy dalej. Bolek szedł krawężnikiem między działkami, kiedy nagle przypomniał sobie o korespondencji. Zawrócił by sprawdzić pocztę. Wiadomość musiała być bardzo frapująca, bo po chwili zastanowienia przeczytał ją ponownie. To było bardzo ważne - zawrócił na aleję i czekał na Tosię. Tośka właśnie przyczaiła się za bukszpanem, koło liliowej altanki z wiadomym zamiarem - napaści na Bolka. Zdenerwował się, nic jej nie powie i tak zrobi, by Tośka wiadomości nie odczytała. Poszedł krawężnikiem na tyły działki, potem biegiem przez trawnik. Tosia przyczajona, oczy jeszcze zamknęła by pewność mieć, że jej nie zobaczy, straciła orientację, gdzie poszedł. Obszedł altankę i usiadł na chwilę zastanowienia na tarasie. Z własnymi myślami się bił - powiedzieć, czy trzymać w tajemnicy. Chyba zdecydował sprawę przemilczeć, bo pognał w dół. Tośka też, ale krawężnikiem, zgodnie z przepisami ruchu.

Czego się Bolek dowiedział, pojęcia nie mam. Czy Tośce wiadomość przekazał (???). Schodziły powoli, osobno, słowem się nie odzywając, zamyśleni bardzo.



Po kolacji Tosia została w altance. Już dawno nie siadały razem na parapecie. Siedziały i wyglądało na to, że czekają, aż zostaną same.

Dały mi wyraźnie do zrozumienia, że mają do omówienia coś w cztery oczy - to sobie z Figą poszłyśmy.

Tagi: koty
17:28, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (8) »
środa, 05 grudnia 2012
Deszcz ze śniegiem.

W taką pogodę, psa by nie wygonił, ale pies sam poszedł na szczęście. Tosia nie przyszła - nie dziwię się. Czekałam na alei, a Bolek z Figą poszli ją budzić.

Nie pokazała się, ale Bolek nie wyszedł furtką, tylko przez płot, a tak wychodzi zawsze przy Tośce. Może była, tylko właśnie ją obudzono i ogarnąć się trochę musiała.

Na wszelki wypadek skręciłam w pierwszą aleję, tę w której ostatnio Tosia się objawiła. Bolek pobiegł pod daszek i dalej od altanki do altanki.

Coś zamiauczało i po chwili Tośka na studni siedziała.

O spacerze mowy nie było. Poszliśmy dalej tą aleją prosto do naszej altanki. Nie wiem co Bolkowi odbiło, że w pewnym momencie położył się na plecach i wytarzał (tylko końcówkę zarejestrowałam). 



Koty były przemoczone. Tosia zjadła i nie miała zamiaru opuszczać altanki.

A ja z Figą jeszcze do domu musiałam wracać.

Tagi: koty
17:16, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (9) »
wtorek, 04 grudnia 2012
Szylkretka i nie tylko.

We Wrocławiu

czeka przecudnej urody Szylkretka

i nie jest to zasługa Fotoshop - ona taka się urodziła. 

Od zaraz przyjmie Personel.

Nie musisz się przeprowadzać, dojeżdżać do pracy - ona wprowadzi się do Ciebie.

Jest niezwykle bezpośrednia, wyrozumiała, taktowna i z poczuciem humoru

- to dobra Pani.

O protekcję staraj się u Anki Wrocławianki 

 

***

A na południe od Wrocławia, wieje aż strach. 

Tosię zastałam w altance - jestem dla niej pełna podziwu. W taką pogodę przyszła i czekała. Mogła zjeść suche i wracać do swojej konspiracyjnej dziupli, a jednak zaczekała na mnie. W łapki zimno, wiatr w uszy wieje, ale ona wie, że powinnam spacerować - dla zdrowia.

Bolek znowu poszedł w ten rzepak. Mokry, zimny, ale to wytrawny myśliwy. Tosia tak bardzo lubi dziczyznę, a ona taka delikatna, więc on zmoczy się cały, a upoluje i przyniesie jej, niech ma, skoro tak lubi.

Boluś długo nasłuchiwał, wypatrywał, ale nornice w taką pogodę głęboko gdzieś w norach się zaszyły. Poszliśmy dalej. Tosia nie wytrzymała i wpakowała mi się na ręce. Chyba powinnam z torbą chodzić, albo jakieś nosidełko mieć. 

Z góry schodziła kobieta i zapytała, czemy ja tego kota tak ciągle noszę. Jakie ciągle? Tylko wtedy, kiedy chce, bo mu w łapki zimno. Zestawiłam Tosię na ziemię, niech baba nie myśli, że z niej piecuch jakiś i damulka.

Przeszła parę metrów i znowu wylądowała na moich rękach. Boluś miał zamiar wskoczyć na drzewo, ale w porę się zreflektował, że przy takim wietrze jest to niebezpieczne. Zawrócił i dochodził do traw. Zestawiłam Tosię by mu parę fotek zrobić - on jest taki piękny.

Zadowolona nie była, ale pobiegła w górę - w taki wiatr, by mi trochę ulżyć.



Gotowa nawet była iść dalej,

ale wiatr ją odwrócił i znowu wgonił na moje ręce.

Zeskoczyła dopiero kiedy wróciłyśmy na działkę. Manicure musiała sobie zrobić przed kolacją , 

a może pedicure.

Tagi: kot
18:32, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012
I jak tu spacerować.

Nie da się ukryć - jesień. Zimno, mglisto tylko w domu siedzieć i nawet przez okno patrzeć się nie chce.

Tosia nie przyszła - nie dziwię się. Pewnie na tamtej działce byli ludzie i przynieśli jej jedzenie. Jednak poszliśmy po nią, bo nigdy nie wiadomo...

Bolek poszedł pod jej wejście, ja wołałam. Nie pokazała się.

 

Boluś nawet na drzewo wskoczył, potem większość bukszpanów i innych obwąchał szukając wiadomości.



Wyszedł furtką, co mnie zdziwiło, bo przy Tosi, to on zawsze przez płot, jak ona.

Skręciliśmy w pierwszą równoległą aleję by iść w dół. Przez tę jej konspirację i ciągłe zmiany trasy, zawsze możemy się minąć. Nagle zamiauczała za moimi plecami i wyszła z pierwszej działki.

Zawróciliśmy i poszliśmy w górę.

To nie była pogoda na spacer, nawet zdjęcia nie wyszły przez tę mgłę.

Doszliśmy jednak do szczytu, ale bez Tosi, która zatrzymała się gdzieś po drodze.

Na działce Maksia kwitnie krzew - to jego zwykła pora kwitnienia, czasami jeszcze później.

Tosia czekała na nas trzy działki niżej. Siedziała na obrzeżu piaskownicy. Na nasz widok wstała i naostrzyła sobie pazurki.

Pazury ostrzyła na Bolka. Jak tylko się zbliżył napadła go i zwiała. Bolek ruszył za nią i zbiegły kilka działek.

Potem już szły spokojnie, aż do samej altanki. Zmarzłam okropnie.

17:54, darmozjady , na czasie
Link Komentarze (6) »
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30