Wspomnienia i aktualne wydarzenia związane z naszymi zwierzakami - obecnymi oraz tymi, które odeszły. O tym ile radości mogą dać sierściuchy - koty i psy.
Kategorie: Wszystkie | na czasie | wspomnienia
RSS
sobota, 12 maja 2012
Oswajanie się.

Ostatnia notka o tym co się działo przed moim wyjazdem.

Koty działkowe bały się Zuzanki (każdego dziecka się boją) i zwiewały w krzaki. W domu było już nieco inaczej. Leya boi się każdego obcego (a miał to być taki odważny kot), więc zamieszkała w wersalce, z której wychodziła nocą i jak gości nie było w mieszkaniu. Pierwsze kroki skierowała do taty Zuzanki i nawet pogłaskać się dała. Po tygodniu, kiedy Zuzanka już spała, podeszła do Kamili siedzącej w fotelu. Stanęła na dwóch łapkach i wyciągnęła przednią łapę do przodu, jak do przybicia "piątki" (tak każdego dnia podchodzi do mnie). Kamila wzięła ją na ręce. Leya już miała zwiać, kiedy coś ją zatrzymało. Jeszcze niepewnie, gotowa w każdej chwili do ucieczki przytulała się jednak do brzucha Kamili. Podobnie jak kotka Lucynka, wyczuła w niej nowe życie, przyciągające jak magnes. Lucynka odgadła ciążę Kamili, zanim ta zrobiła testy i już przy każdej sposobnej okazji przytula się do niej. Tak samo było przed narodzeniem Zuzanki. Dziecka unikała, ale przybiegała gdy tylko zapłakało - sprawdzała co się dzieje i odchodziła.

Figa też unikała kontaktu z Zuzanką, bo Figa boi się dzieci (jako szczeniak została przez dziecko skrzywdzona i został jej uraz). Zuzanka każdego dnia przekupywała ją wędliną, ale pies nie dał się skorumpować, bo pies za wędlinami nie przepada. Przełom nastąpił, kiedy Zuzia jadła panna kottę - Figa uwielbia słodycze, ale ich od nas nie dostaje. Początkowo dostawała trochę na paluszku, do oblizania

potem już łyżeczką

i jeszcze troszkę z paluszków, by się nie zmarnowało.

Po południu sama podeszła do Zuzanki i drapnęła ją łapą, co oznaczało prośbę o pogłaskanie, a wieczorem obie tarzały się na dywanie w radosnej zabawie. Filmik nie wyszedł, bo światło za słabe było.

W tym samym czasie, Leya już w ciągu dnia opuszczała swoją kryjówkę, a właściwie nie wchodziła do niej. Jej ulubionym miejscem do wylegiwania stała się Kamila.

Zuzanka też ją intrygowała, ale ciągle była nieufna. Pierwszych oględzin dziecka dokonała gdy spało.

Potem z boku w regale się ulokowała i dalej obserwowała małego człowieka.

Wieczorem, kiedy Zuzanka zasnęła na kolanach mamy, Leya nie miała innego wyjścia, tylko położyć się obok.

Nie zbliżyło to jednak jej do dziecka. ostrzegawczo syczała, kiedy w dzień Zuzanka próbowała się zbliżyć, a dziecko to respektowało. 

piątek, 11 maja 2012
Po kolacji.

Jak obiecywałam, zdjęcie Plamki - to ta z przodu, a za nią jedno z trojaczków.

 

Jeszcze trochę wspomnień.

Podczas pobytu Zuzanki, na działkę chodziłam sama, by koty przespacerowały się i spokojnie zjadły. Potem telefonowałam do domu, że dziewczyny mogą już przyjść.  

Tosia jak zwykle pobiegła w nieznane, a Boluś wyszedł po kolacji pospacerować. 

Usłyszał głos dziecka dochodzący z alei i już się zaniepokoił.

Zuzanka była jeszcze daleko, ale Bolek łapy ugiął i stylem przyziemnym skierował się w stronę pergoli.

Zminieł jednak zdanie i poszedł dalej, w stronę działki Danusi.

Zuzanka właśnie wchodziła na działkę. Boluś znowu zawrócił 

i szybkim, ale pełnym godność krokiem, choć trochę przy ziemi

przeszedł w maliny, a potem przez działkę sąsiada dalej... ukrył się pod rozłożystym iglakiem za studnią głębinową. To była jego stała kryjówka, kiedy na działce było dziecko. Może to tam ukrywa się także podczas burzy.

Zuzanka wbiegła do altanki i nie zawiodła się.

Po krótkim czasie Lusiu zwiał jej na działkę Danusi. Zuzanka pobiegła aleją, weszła na działkę i poprosiła Pana Jurka o pomoc w złapaniu kotka.

Zadowolona (Lusiu mniej) wracała,

ale kot zwiał.

Przewrotne stworzenie uciekło na naszą działkę, czyli tam gdzie miało być zaniesione

Ukrył się pod iglakiem. Zuzanka doświadczona w zabawach z kotką Lucynką, znalazła gałązkę 

i Lusia wywabiła na trawnik. Potem była już tylko wspólna zabawa w polowanie.

sobota, 07 maja 2011
Pan Kot i Zuzanka.
Całe popołudnie do późnego wieczora spędziłam na działce, więc z braku czasu ostatnia (bo gotowa) notka z Zuzanką. 
 
W dniu przyjazdu Zuzanki, nie musiałam wyglądać przez okno, aby dowiedzieć się, że przyjechała. Wieczór, ciepło, okna otwarte i usłyszałam dochodzące z dworu radosne wołanie "kota, kota...". Wiedziałam, że przyjechała i już zapoznaje się z Panem Kotem. Przyzwyczajony do dzieci z bloku, które nawet stroją go w obróżki, wita wszystkich, więc i Zuzankę. Nareszcie kot, który nie ucieka, a wręcz przeciwnie.
Każdego dnia spotykała go przed blokiem i głaskała. 



Z czasem Pan Kot zmienił nastawienie. Wygladało na to, że się ukrywa - niekoniecznie tylko przed Zuzanką. Ta jednak odkryła jego kryjówkę i zawsze ją sprawdzała.


Po pięciu dniach próba przywitania z Panem Kotem wyglądała już tak


Ta groźnie wyglądająca szyba jest mocno obsadzona, próbowałam ją usunąć, ale nie dało rady. Ten kto okno wybił (prawdopodobnie dotychczasowy właściciel kota), zadbał jednak o to by wygładzić krawędzie, tak, że można palcem po nich przejechać bez skaleczenia (sprawdzałam). Za oknem położyłam starą poduchę z fotela, więc nie zeskakują bezpośrednio na podłogę, mogą siedząc na niej obserwować co się dzieje przed blokiem.



piątek, 06 maja 2011
Leya i Zuzanka.
Leya widywała Zuzankę w zasadzie tylko wieczorem. Rano zaraz po śniadaniu Księżniczka ucinała sobie drzemkę w wersalce, a Zuzanka szła na spacer. 
Tego dnia szłyśmy na działkę, co nie było dobrym pomysłem - lepszy plac zabaw.




Na widok łąki żółtych mleczy, zostawiła psa i misia, bo odezwała się w niej natura strusia pędziwiatra. Obie z Figą, niezależnie od siebie biegały zataczając koła. 


Wcześniej jednak wstąpiłyśmy do warzywniaka, gdzie Figa jakimś sposobem nakleiła sobie na ucho cenę 2,90. 


Zuzanka zauważyła to dopiero po wejściu na działki i z obrzydzeniem cenę z Figi zdarła. Taka cena, nawet w promocji to gruba przesada, zważywszy że Figa jest bezcenna.


Pobiegła prosto pod altankę i zaczęła dzwonić wołając "lulu,lulu...". Jak się okazało Boluś siedział w kocim wiatrołapie i bał się wyjść. Przebiegły bestia, bo po wejściu do altanki też był niewidoczny. 


Udało mu się niepostrzeżenie przed Zuzanką zwiać.

Po obiedzie poszłyśmy do mojej koleżanki, gdzie niezbyt uprzejmie przy furtce przywitała nas Fifi. Figa nawet długo zastanawiała się, czy przekroczyć niegościnne progi, ale ostatecznie weszła.


Fifi za to uprzejmie przywitała się z Zuzanką, ale nie miała ochoty na większe spoufalanie.


Kotka perska Zuzia ukryła się w tylko jej znanym miejscu.

Wieczorem Leya biegała po mieszkaniu. Przestała już przed Zuzanką uciekać i kryć - w końcu jest u siebie. W ostateczności potrafiła ostrzegawczo syknąć, a nawet warknąć, niemal jak Figa.
Po kąpieli, Zuzanka pije przed snem kakao. Leya przyszła do kuchni, aby jej towarzyszyć


Następnego dnia rano, Zuzanka jadła jogurt - przysmak kota. Leya przybiegła, nos do pojemniczka wkładała, przekonana, że dostanie jak zwykle z łyżeczki. Zuzanka powiedziała jej, " kota nie, to si... moje am". Leya najwyraźniej dała wiarę temu, że jogurt jest gorący i odeszła bez żalu. 


 
środa, 04 maja 2011
Koty działkowe i Zuzanka.
W pierwszy dzień świąt raniutko, kiedy moi goście jeszcze spali wyszłam z Figą. W pierwszej kolejności do Pana Kota, który też smacznie spał w naszej piwnicy, w wózku Zuzanki. Podałam mu mokre, dosypałam suchego, wodę jeszcze miał. Jadł łapczywie, głośno mrucząc. Kiedy wychodziłyśmy z bloku, już siedział przed okienkiem piwnicy i mył się.



Potem krótki spacerek z Bolkiem i Tosią. 


Uroczyste śniadanie było dla wszystkich (z wyjątkiem Leyi i kotki Frody) u moich rodziców. 
Popołudnie, w tym samym gronie  spędziliśmy na działce. Koty oczywiście zwiały i nikt ich nie widział. Towarzyszyła nam tylko Figa odświętnie przyozdobiona.





Zbliżała się pora kociej kolacji, więc zadzwoniłam nie bardzo licząc na ich przybycie. Kolejne dzwonienia przejęła Zuzanka, która wyraźnie preferowała Bolka i jego wołała "Luluś, Luluś...". Jak można się było spodziewać, Bolek nie przyszedł, ale widziałam go na trzeciej działce, pod tujami - obserwował nasz trawnik. Przyszła jednak Tosia - bardziej obyta w świecie i z większą ogładą towarzyską. Zuzanka z pomocą mamy nałożyła jej jedzenia i głaskała kotka. Kiedy miska była pusta i Tosia już odeszła Zuzanka koniecznie chciała dokładki dla kota - nie dostał.


Biedny, głodny Bolek ciągle trzymał się z daleka. Kiedy wieczorem wszystko sprzątnęliśmy i towarzystwo udało się do domów, zostałam z Figą i czekałyśmy na Bolusia. Był bardzo ostrożny, okrążył działkę wielkim łukiem, sprawdzając czy wszyscy odeszli. Przyszedł dopiero kiedy upewnił się, że jest całkowicie bezpieczny



a ja mogłam spokojnie wracać do domu. 
Przez cały tydzień starałam się chociaż raz dziennie iść ma działkę tylko z Figą. To był dla Bolka ciężki tydzień, ale przyznać trzeba, że szybką ewakuację opanował do perfekcji.


PS.
Basia wykorzystuje zawsze pobyt na działce do uwiecznienia roślinek, które można obejrzeć na jej stronie fotoforum.gazeta.pl/albumy/kotkafrodka.html, ale są tam fotki też z innych działek.

Tagi: kot ogród
19:15, darmozjady , wspomnienia
Link Komentarze (14) »
sobota, 26 września 2009
Obcy na działce.
Razem z Zuzanką na działkę trafił wielki, niebieski pluszak.
Zuzanka nie zauważyła go wcale – w tym wieku to zupełnie normalne.
Na kotach zrobił jednak ogromne wrażenie. Pierwszy spotkał go na swojej drodze Bolek. Zatrzymał się, chwilę obserwował niebieskie coś i okrążył wielkim łukiem idąc do altanki. Potem, za każdym razem szybko koło pluszaka przemykał, oglądając za siebie, czy przypadkiem go nie ściga.



Tosia, jak to dziewczyna – ciekawska bardzo. Sprytnie podglądała go zza zasłonki, potem zrobiła parę kroków do przodu i znowu parę kroków, przysiadła. Polizała łapę zastanawiając się nad strategią i zdecydowała, że go zahipnotyzuje – udało się, niebieski nawet nie drgnął.
 









poniedziałek, 21 września 2009
Kultura przy stole.
Wstyd o tym pisać, ale Tosia nabrała złych manier – gdzie?
Dawniej, kiedy Bolek wałęsał się całymi dniami po innych działkach, często syczał na Tosię przy jedzeniu. Odmieniło mu się, od kiedy przestał się włóczyć i spotykać z byle, kim (od przetrącenia ogona).
Teraz jest na odwrót.
Tosia się wałęsa i syczy, nawet warczy.
Pierwszy raz zachowała się tak niegrzecznie parę dni temu, kiedy do kolacji dostały na deser jogurt (często dostają). Bolek rozpoczął kolację od jogurtu, a ona zawarczała – wyglądało na to, że strofuje go za niewłaściwą kolejność dań (Bolek już nie zaczyna od deseru). Przy śniadaniu był spokój i pełna kultura – pomijając fakt, że głodne okropnie utrudniały mi napełnienie misek. Wieczorem znowu syknęła, a poczciwy Bolek bezradnie stał i bał się jeść – odszedł. Myślałam, że głodny nie jest. Następnego ranka spokój – bez syków, a wieczorem znowu pomruki, syczenie i znowu Bolek odszedł.
Doszło do tego, że śniadanie jedzą tak:



a kolację tak:



I kto winien – oczywiście złe towarzystwo, w które wpadła, bo przecież nie Tosia, ale jak ją ratować?
Tosia od kilku już dni nie spóźnia się na posiłki, może i syczeć przestanie.









czwartek, 10 września 2009
Tajemniczy namiot.

Zuzanka wyjechała, a ja porządkując jej zdjęcia trafiłam na to:

Tosia zauważyła dziwny namiot na trawniku. Obeszła go wielkim łukiem i wskoczyła na fotel, aby zlustrować go z góry. W namiocie coś się poruszało – pewnie smakowity kąsek, pomyślała.



Zeskoczyła na trawnik i ostrożnie jak kot, zbliżała się do zasłonki, za którą leżała mała Zuzanka. Nagle dziecko radośnie, głośno zapiszczało – Tosia w oka mgnieniu ukryła się w paprociach. Ciekawość ją jednak zżerała, więc znowu najciszej jak mogła zaczęła zbliżać się do tajemniczej zasłonki.



Zatrzymała się i próbowała włożyć łapki dołem pod zasłonkę – nic to nie dało. Spojrzała wyżej, przygotowała się do skoku.


Obserwująca wszystko Kamila złapała kota w locie, zanim spadł czterema łapami na dziecko. Wzięłam zaskoczoną Tosię i pokazałam jej, kogo kryje zasłonka. Szczerze mówiąc Tosia była rozczarowana. Powąchała dziecko i gdzieś pobiegła – chyba do Bolka, bo wkrótce się zjawił.


niedziela, 12 lipca 2009
Warszawianki.

W odwiedziny z Warszawy przyjechały Puma i Mamba – sierotki, o których wspominałam jakiś czas temu. Obawiałam się tej wizyty, pamiętając Lucynkę. A teraz dwie, młode zadziory, którym Misiek szczerze wydał opinię łapserdaków. Ale co tam, gość w dom…

Przyjechały w kontenerze. Co tam się wydarzyło w czasie podróży wiedziały tylko one, ale zgniewane na siebie okrutnie. To mi nawet pasowało, bo gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Syczały na siebie i bardziej zajęte były wzajemną animozją niż naszą Truśką.  Truśka też się o dziwo nie przejęła, ale w drogę im nie wchodziła. Kocice zwiedzały mieszkanie – nie siedziały tylko na lampie. Przejęte nową sytuacją nic nie chciały jeść.
Przyszli goście, stół zastawiony, chcieli zobaczyć warszawianki. Pumy nigdzie nie było. Sytuacja stała się nerwowa, bo mogła w zamieszaniu wyjść na korytarz. Goście czekali w napięciu, a ja z Michałem szukałam kota. Zostało ostatnie, możliwe miejsce – w szafie, pod sufitem. Pamiętałam, że z tyłu stoi niski kosz, do którego drogę zagradzają wysokie, ciasno ustawione kartony. Jedyna możliwa droga po kartonach miała nie więcej jak 8 centymetrów wysokości. Kiedy Michał wystawił karton spojrzały na nas zdziwione ślepia Pumki.
W nocy ktoś zrzucił doniczkę z parapetu – pewnie usłyszały wróble mieszkające w jaskółczym gnieździe i chciały sprawdzić, co to takiego. Nic się nie zniszczyło, a bałagan został uprzątnięty – oczywiście nie przez Michała.

środa, 01 lipca 2009
Weszły w szkodę.

Tak mówi się na wsi, zwykle odnośnie bydła, ale jak inaczej nazwać to, co zrobiły moje koty nowym sąsiadom?  
Byłam na działce i przyszła do mnie nowa sąsiadka z niewyraźną miną. Zaczęła od tego, że ich altanka kupiona z działką wymaga remontu. Poprzedniego dnia sąsiad wylał nową podłogę pod kafelki. Zostawił otwarte okno, aby lepiej schło. Następnego dnia, wczesnym rankiem zobaczył, że cała „wylewka” usiana jest małymi dziurkami. Zaczął się przyglądać, co spowodowało taką reakcję betonu i rozpoznał, że to ślady kocich łapek.
Trochę się wystraszyłam, że teraz się zaczną wymówki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy sąsiadka z troską zapytała, czy kotom nic się nie stało przez ten beton, czy na łapkach nie zostały im betonowe buciki, albo wypalone rany.
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że łap im nie oglądałam, ale jak zwykle przywitały mnie pokazem biegania po drzewach, wiec z pewnością łapy są w doskonałej formie – w butach nie dałyby rady. Ze szczerą troską zapytałam o zniszczoną posadzkę.
Posadzkę poprawił jeszcze rano i okno zamknął. Już koty nic sobie nie zrobią.  Tak się martwił, że wysłał mnie na działkę, aby sprawdzić, co z kotkami – odpowiedziała sąsiadka.
Byłam pełna podziwu dla moich nowych sąsiadów.

Bolek

ToSIA

ZABAWA

Bolek

TOSIA

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30